Powieść multimedialna z wątkami autobiograficznymi.

 

                   Projekt powieści multimedialnej w odcinkach „ Dziecię boże“ pisanej na blogu: tajnykrytyk.blogspot.com. Jerzy K. ogląda we włoskiej księgarni zdjęcia – albumy Helmuta Newtona. Na blogu, gdzie jest publikowana powieść w odcinkach, pojawiają się zdjęcia fotografa Newtona skopiowane z domeny publicznej,a dokładnie strony o klasykach/mistrzach fotografii. Kiedy drugorzędna bohaterka powieści chce pracę na etata od Adama Borowika, na blogu pojawia się  prześmiewcza piosenka „ Chcę na etat „  grupy artystycznej „ Pożar w burdelu „.  Kiedy w danym odcinku były opisy miłości cielesnej, na blogu pojawiły się erotyczne teledyski muzyczne pochodzące z youtuba.

Kiedy w danym odcinku powieści zagościły wątki miłosne, na blogu pojawiły się piosenki o miłości w wykonaniu Marlene Farmer, fragment opery Dzwonnik z Noter Dame, piosenki francuskiej wokalistki Zaz. Kiedy narrator opowiadał o ekstazie mistycznej, na blogu zagościł hymn zespołu Gregorian;

Kiedy główna bohaterka, prezydent miasta Barbara Żygoń, ogląda w telewizji „ Popiół i diament“, na blogu ( tajnykrytyk.blogspot.com ) pojawiają się zagadkowe informacje zebrane z wikipedii  o śmierci Cybulskiego, a po dwóch latach od tej daty, również śmierć Kobieli, kolegi Cybulskiego z gdańskiego Teatrzyku Bim-Bom.

W którymś odcinku powieści multimedialnej, dyrektor Miejskiego Ośrodka Kultury, stary hipis, z tamtych czasów zwany Psem,  czyta książkę o gnozie, wówczas w tym samym czasie co publikacja odcinka powieści, na blogu ( tajnykrytyk.blogspot.com ) pojawia się notatka o gnozie Rudolfa Steinera.

W powieści pojawia się dużo aluzji do ważnych i znanych powieści, innych książek, myśli różnych filozofów. W oddzielnych akapitach są umieszczane fragmenty, czasami obszerne, z wiarygodnych źródeł książkowych na tematy, które istotnie łączą się z fabułą, poprzez jej odpowiednie naświetlanie i wpływaniem na jej interpretację przez czytelnika, odbiorcę mniej lub bardziej świadomego. Jeden z cytatów jest z Arystotelesa/metafizyka o tym, że najpierw pojawia się miłość zmysłowa, erotyczna, by potem mogła zaistnieć szlachetniejsza miłość. Ma to odniesienie w fabule, która jest pełna zdarzeń erotycznych, zaś bohaterowie tych zdarzeń z doznań zmysłowych przechodzą do uczuć, które można nazwać miłością.

Nazwiska szefa Łowców i detektywa z miasta nawiązują do nazwiska innego detektywa z popularnych polskich powieści kryminalnych Zygmunta Miłoszewskiego. Doktor Szarski i detektyw Szarawy są intertekstualną aluzją do detektywa Teodora Szackiego.

W którymś odcinku jest mowa o ludziach gigantach, odpowiednio w czasie na blogach (  tajnykrytyk.blogspot.com ; tajnapolska.blox.pl ; tajna-polska.blog.pl ), pojawiły się zdjęcia Gigantów, które są umieszczone w internecie w wielu różnych miejscach.

Występują wątki autobiograficzne są rozłożone na poszczególne postacie i tak, kiedy któraś pije miód z sokiem z cytryny, to jest to również osobista praktyka autora, ale są  i bardziej istotne wątki, jak np. lektury maga, jego pogląd na świat, wiedza na temat metafizyki, deklaracja maga o byciu metafizykiem. Ambiwalentne uczucia wobec pierwowzoru prezydent Barbary Żygoń w osobie lokalnej polityk. Topografia rodzinnego miasta autora. Odniesienia i aluzje intelektualne związane z wykształceniem autora, do paru wątków  teoretycznoliterackich – teoretyka Stanisława Eillego i jego książki „Światopogląd powieści“. Przydanie postaci prezydent miasta Barbarze Żygoń niektórych własnych poglądów autora. Sposób ujęcia miasteczka, Warszawy i Rzymu również bardzo autorskie. Opis Warszawy oparty jest na znajomości miasta przez autora, któy mieszkał kilka lat w Warszawie. Poszukiwany Jerzy K. również posiada częściowo autorską wiedzę i spojrzenie na świat, ale zgodnie z paktem autobiograficznym, o kórym pisał Philippe Lejeune, jest to wiedza tylko częściowo zgodna z doświadczeniem autora i tylko w jakimś stopniu odzwierciedla rzeczywiste spojrzenia autora na opisywaną rzeczywistość, która następnie zostaje ujęta w formę fikcjonalną.

Powód taki, a nie inny zachowania protagonisty również przynależy do paktu autobiograficznego i częściowo jest związany z autorem, jego zakorzenieniem z danym regionem Polski, z tą różnicą, że autor wybiega daleko w wyobraźni i tworzy fikcyjny świat, miejscami jest to nawet świat surrealistyczny.

Protagonista Jerzy K. czyta to co autor. Na blogach ( tajnykrytyk,blogspot.com, tajnapolska.blox.pl ) niedługo pojawi się recenzja nowej powieści „ Snuff“ Chucka Palachniuka, którą w Rzymie Jerzy kupił i czytał wieczorem przy wielkiej fontannie.

Zaistniała pewna osobliwość, naddatek na jednym z blogów ( tajna-polska.blog.pl)  w postaci dodatkowego albumu ze zdjęciami mistrza fotografii Roberta Mapplethorpa, o którym nie ma mowy w powieści, że Jerzy zdjęcia tego fotografa również oglądał.

Jedna z rozmów Kasi, Jarka i paru ich znajomych w knajpie „ U Fryca“  dotyczy żon piłkarzy. Komentarzem do tej rozmowy jest zamieszczona na blogu piosenka/teldysk Doroty Masłowskiej „ Żona piłkarza“.

Jak wiadomo czytelnikom powieści w odcinkach, Jarek pisze reportaż, który konsultuje z Kasią. Fragment reportażu zostaje umieszczony w  13tym odcinku powieści.

Kasia rozpoczyna pisać powieść „ Kobieta z klasą „. Krótki fragment zostaje wpleciony do jednego z odcinków. Narrator przewiduje, że może pojawić się dłuższy fragment, ale nie w kolejnym odcinku powieści, niejako niezależnie na blogu, tak jakby powieść rozlała się na bloga. Powieść przekracza swoje ramy, rozsadza swoją formę, czyli inaczej mówiąc, pojawia się autotematyzm. Można również mówić o postmodernizmie i ponowoczesności. W tych ramach nie ma miejsca dla powieści rozumianej jako lustra przechadzającego się po gościńcu, jak mawiał Stendhal, powieść przestaje być odbiciem rzeczywistości. Staje się za to w ujęciu pragmatycznym, jak pisał literaturoznawca Erazm Kuźma, nowym językiem, szyfrem do złamania, tajemnicą do wykrycia lub tekstem, którego sens czytelnik stwarza według własnym potrzeb. W tym ujęciu albo każdy utwór ma swój własny słownik, sekretny kod, albo czytelnik sam dysponuje własnym słownikiem i nie troszczy się o to, czy ktokolwiek dzieli go z nim.

Rewolucja w nauce zachodzi wtedy, gdy wynajdujemy nowy opis świata. To jest właśnie owe pragmatyczne prucie tkaniny językowej, w której niegdyś żywe metafory obumarły i udosłowniły się, i tkanie nowej z wymyślonych przez siebie metafor. Inaczej postępuje przeciwnik pragmatyzmu; cechuje go skłonność do posługiwania się językiem naszych przodków, do czczenia zwłok stworzonych przez nich metafor.

(Alegorie, style, tożsamość. UG 1999 rok, Erazm Kuźma, Konsekwencje pragmatyzmu, s.26 )

                                              

Stworzyć własny umysł oznacza stworzyć własny język.
Richard Rorty, Przygodność, ironia i solidarność, 1996.

 

Protagonista Jerzy założy  bloga o książkach: buszujacywksiazkach.blog.pl, na którym ktoś określi go krytykiem literackim, a według portalu niebywałe miasteczko pl Jerzy jest tylko szpanerem. Na blogu wywiąże się dyskusja o tym czy bloger książkowy jest krytykiem literackiem, a jeśli raczej nie jest, to czy może nim się stać ? Czy dzisiaj krytykami literackimi są profesorowie i pisarze, pisarki? Przykładowo pisząc o żyjących: Przemysławie Czaplińskim ( UAM ), Marku Bieńczyku ( IBL PAN ), Piotrze Śliwińskim ( UAM ), Karolu Maliszewskim ( UWr), Indze Iwasiów (US), Dariuszu Nowackim ( UŚ), Stanisławie Beresiu (UWr), Tadeuszu Komendancie (UW),  Michale Pawle Markowskim ( UJ ), Piotrze Mareckim ( UJ ), Justynie Sobolewskiej ( UW ),  Andrzeju Zawadzie ( UWr ),Wojciechu Browarnym ( UWr ), Jarosławie Klejnockim ( UW ), Bernadecie Darskiej ( UWM ), Krzysztofie Uniłowskim ( UŚ ), Robercie Ostaszewskim ( UJ ), Joannie Bator, Oldze Tokarczuk. Stefanie Chwinie ( /UG), Jerzym Pilchu, Sylwie Chutnik, Ignacym Karpowiczu, Jerzym Jarniewiczu, Januszu Rudnickim, Marcinie Sendeckim, Krzysztofie Vardze, Marcie Mizuro, Italo Calvino, Borgesie, Nabokovie. I o tych co nas opuścili: Kazimierzu Wyce ( UJ ), Janie Błońskim (UJ), Stanisławie Barańczaku ( Harvard ), Jacku Łukasiewiczu ( UWr ).

Na blogu ( tajnykrytyk ) pojawił się plakat z filmu „ Czy leci z nami pilot „ należący do gatunku zwariowanej komedii, a potem 13ty odcinek, w którym występuje surrealistyczny wątek.

Biskup Małodobry i jego kazanie z ambony katedry zostaje porównane do retoryki duszpasterza hipsterów, materiału video o takim tytule grupy artystycznej „Pożar w Burdelu“, zamieszczonego na blogu (tajnykrytyk.blogspot.com ).

O kultowej, już nieistniejącej knajpie Komin, powstanie film dokumentalny video, będzie w nim rozmowa z byłym właścicielem i zarazem barmanem „Komina“, rozmowy ze stałymi bywalcami lokalu, o klimacie, muzyce, rozmowach i czym tak ogólnie był Komin dla ludzi z miasta.

Pojawiły się również na blogach dodatkowe informacje na tematy poruszane w powieści, by czytelnik mógł dowolnie sam poszerzyć swoją wiedzę, która może pomóc w lepszym odbiorze utworu literackiego. I po kolei, pojawiły się na blogach:

Obszerne informacje o gnozie ze strony Pistis.pl również z aktualnymi linkami do trudno dostępnych tekstów, które strona udostępnia w pdfach.

Autorskie wypisy o gnozie z książek o historii filozofii: Władysława Tatarkiewicza, Fredericka Coplestona i Stefana Swieżawskiego. Wypisy o systemie filozoficznym Plotyna.

W dzienniku Adama Czartoryskiego pojawi się:
Interpretacja Kazania na Górze i interpretacja słów św. Pawła z Listu do Galatów ( rozdz. 3) o filozoficznym pojęciu Jedni, opisywanej w odcinku 14.

Kiedy narrator opowiada, że Andrzeja Irskiego/Golema wojsko przeniosło do bazy wojskowej w Starych Kiejkutach, czytelnik może się wówczas zapoznać z tym miejscem, bo wcześniej na blogu ( tajny krytyk ) pojawiły się wypisy z obszernej książki Piotra Pytlakowskiego „ Szkoła szpiegów „ o szkole szpiegów w Starych Kiejkutach. Do wypisów przekierowuje odpowiedni link w odcinku 14tym.


http://tajnykrytyk.blogspot.com/2015/04/dziecie-boze-odcinek-14.html

Dziecię boże ( odcinki 1-10 )

Wyszedł ze sklepu niepewny, nie do końca znalazł to, czego szukał. Sprzedawca zapewniał o niezawodności, ale to było za ciężkie i za duże. Schodził z dużego pagórka wprost na MacDonalda i Plazę. Wielkomiejski widok. Samochody aż furkotały. Tiry wygrzmiewały. Ten kawałek miejskiego krajobrazu robił na nim spore wrażenie. Nowa zabawka sporo go kosztowała. Zaraz miał dojść na Plac Marii Konopnickiej, gdzie miała przemawiać nowa prezydent miasta. Migały mu w wyobraźni obrazy tej kobiety, wyszopowany uśmiech jak śnieg biały, niespełnione obietnice, okropne decyzje. Kilka razy poczuł się mocno zawiedziony i oszukany. Był wściekły. Tak wiele sobie obiecywał po katalogu zdjęć z wystawy. A dużo później furia go ogarnęła, kiedy w teatrze wystąpił chór w mundurach armii czerwonej. Ten ostatni obraz dopełnił zdenerwowania i gwałtownych emocji. Rosja anektująca Krym, a w polskim mieście chór opiewający zwycięstwa radzieckich wojsk. Coś strasznego. Horendalnie, koszmarnie strasznego. Mignął mu ktoś szybko przed oczami. Otrzeźwiał.

 

Wokół sceny przygotowano kilka rzędów krzeseł politykom, urzędnikom i biznesmenom. Już widział te nalane twarze, chytre gęby, cwane uśmiechy i tłuste karki. Dochodziło południe, słońce rozświetlało ulice. Momentami oślepiało.  Przed placem stały trzy radiowozy. Szedł szybko w kierunku sceny. Już było widać, że krzesła zostały zajęte. Na placu zgromadził się mały tłumek ludzi. Na razie stanął na końcu przy fontannie. Niemłody już prezenter zapowiedział wystąpienie nowego prezydenta. Barbara Żygoń eksplodowała energią. Z szerokim uśmiechem podleciała do mikrofonu. Jej ruchy mówiły za siebie, emanowała radością.

 

-  To dla was kochani! – wykrzyknęła do siedziących. Zerwały się brawa. – Jestem tu dla was, bo was szczerze kocham. Wiecie, jak bardzo chciałam zostać prezydentem. Dla was to zrobiłam. Chcę pracować na rzecz tego miasta i wy wiecie o tym…

 

Chciał wykrzyknąć, że ona szczerze kocha pieniądze, ale powstrzymał się. Ludzie stali spokojnie, nie komentowali. Urzeczeni słuchali Barbary. Kobieta łagodzi obyczaje, miawała szlachta. Wyjął z plecaka aparat fotograficzny. Długo celował, nim nacisnął spust. Zrobił serię zdjęć. Przeciskał się teraz do przodu. Stanął niedaleko za krzesłami. Ponownie wymierzył i zrobił kilka zdjęć. Znowu zerwała się burza oklasków. Pomacał delikatnie kieszeń. Wtedy ktoś go lekko pchnął. Obrócił szybko głowę, stał przed nim uśmiechnięty człowiek, którego w ogóle nie kojarzył. Coś mu zaczęło świtać, kiedy ściskał mu dłoń. Słyszał jego głos i wtedy zaskoczyło, kolega z podstawówki. Właściwie to się nie zmienił tak mocno, kiedy mu się przyjrzał. Co porabiałeś przez te lata? A ty? Nie miał czasu na rozmowę. Zbyć też nie chciał, więc zaproponował pogawędkę za 15 minut pod pomnikiem Konopnickiej. Ok, stary, usłyszał. Otarł pot z czoła. Znowu pomacał delikatnie kieszeń kurtki. Żygoń śpiewnie chwaliła się swoimi dotychczasowymi osiągnięciami. Które były wątpliwe, dokończył w myślach. Czekał. Słuchał. Cały czas mówiła. Zaprasza na scenę byłego prezydenta. Kiedy się z nim wita, obraca się bokiem. Wyjął z kieszeni duży pistolet. Powoli wyciągnął, wymierzył i bang, bang, oddaje dwa strzały. Huk straszny. Takim czymś strzela się w słuchawkach. Miał zatyczki w uszach. Wokół niego sparaliżowani hałasem. Schował dokładnie pistolet i powoli zaczął się wycofywać. Kątem oka widział jak na scenę wpadł Borowik, szef lokalnego portalu informacyjnego i fotograf, który stał pod sceną. Znał tu wszystkich.

 

- Karetka !!- krzyczał  Borowik. Stał i się wydzierał. Nad prezydent pochylił się fotograf, szukał krwi, rany. Zaczął od macania głowy. Przeszkadzał mu krzyk Borowika. – Zamknij się ! Warknął do niego. Nie lubili się jak cholera. Obmacał piersi, plecy, brzuch, nic. Zszedł niżej. Ślad po strzałach był na pośladkach. – Karetka !! – wydzierał się szef portalu info. – Zamknij gębę ! – warknął fotograf. – Sam się zamknij ! – znowu się wydarł. – Nic jej nie jest, nie ma dużych śladów krwi, to chyba śrut. Śrutem dostała w dupę. – Co?! Śrutem ? Barbara?! Żyjesz?! Nachylił się nad jej ustami. Zrobię ci oddychanie. Odpierdol się Borowik. Wstaję. Podaj rękę. Dostałam śrutem? Tak, wtrącił fotograf. Pan fotograf Wij?

Skinął głową. Karetka niepotrzebna. Zamówcie mi taksówkę na pogotowie. Muszą mi to wyjąć z tyłka. Na scenę wbiegło jeszcze kilka innych osób, zrobiło się zamieszanie, na placu tłum również się kłębił.

 

Nikt go nie zatrzymał, ale… wiedział że dojdą kto strzelał i złapią go. Nie zamierzał uciekać. Przede wszystkim dlatego, że nie miał pieniędzy. Miał uciekać w góry? Na wyspy egzotyczne dopłynąć tratwą? Nawet nie myślał o tym. Szedł więc sobie spokojnie jedną, drugą ulicą przez nikogo niepokojony. Miał wrażenie, że bimbał im na nosie. Żygoń dostała za swoje. Od wielu miesięcy miał jej dosyć. Jej kampania prezydencka to już jednak było za dużo. Musiał dać jej nauczkę. Kupił broń zupełnie legalnie, śrut też. Nawet nie kosztowała go zbyt dużo. Mógł wybierać do koloru nawet. Widział jak Barbara jęczy z bólu, jak jej wyciągają śrut z dupy. Lekarze dziwią się, całe miasto będzie wiedzieć, za plecami już robią sobie śmichy chichy. Zacierał ręce pod kurtką. Czuł wręcz jakieś uniesienie, że dokopał tej Gestapo bez munduru. Mógł tak bez końca wyobrażać ją sobie ze śrutem w dupie. Jak utyka, jak jęczy, jak zgięta leży upokorzona.

 

Na pogotowiu było wielkie poruszenie. Do gabinetu Barbarę wprowadzili jej zastępcy, przed prasą lekarze zamknęli drzwi. Zabieg trwał, jeden wariat nawet nagrywał jęki pod drzwiami. Dziennikarze słuchali radia, ale nadal sprawcy nie ujęto. Uruchomiono wszystkie radiowozy. Syreny wyły w całym mieście. Policyjne wozy jeździły jak szalone. Doszło nawet do dwóch stłuczek. Jak podawano sprawcy jednak nadal nie ujęto. Zabieg wciąż trwał. Prezydent wciąż jęczeła, na przemian wyła. Nie wiadomo było co gorsze. Dziennikarze musieli tego słuchać. Większość ich szefów było w kieszeni tej pani. Musieli asystować w tym żałosnym przedstawieniu. Niezależni sobie poszli. Adam Borowik trwał na posterunku. Właściwie to warował. Ani kochanek, mąż czy podległy. Ani pies czy wydra. Ktoś do niego zadzwonił. Wyszedł i już nie wrócił. Inni jednak musieli słuchać.

 

Szedłem więc sobie i doszedłem do domu. Po drodze były kamery. Umiejętnie je wymijałem, ale nie wiedziałem czy wszystkie. Mam ich gdzieś, zaśmiałem się krótko. Niemiłe spotkanie jednak mnie czekało. Mimo wszystko chciałem je opóźnić. Wziąłem spakowany wcześniej plecak, czyli drugi, bo na plecach już miałem ten z aparatem fotograficznym. Zszedłem do piwnicy, zmieniłem ubranie na te w plecaku, stare schowałem. Wyciągnąłem ze schowka rower. Schowek był dobrze zabezpieczony i korzystali z niego mieszkańcy całej klatki. Nie było więc ryzyka, że dętka nagle okaże się przebita. Na bagażnik załadowałem plecaki, dobrze przymocowałem i ruszyłem. Czekał mnie kawałek drogi.Miałem zupełnie inne kolory na sobie, na głowie duży kapelusz, rower niczym się wyróżniał, była więc spora szansa, że dojadę. Jechałem Utratą obok tirów, a potem wzdłuż torów. Czułem adrenalinę. Nawet większą, niż na placu. Po kwadransie jazdy schowałem się w lesie. Dość szeroką leśną ścieżką dojechałem do Płociczna, tam skręciłem w lewo i tak dotarłem na Słupie, gdzie kończyła się wąska asfaltowa droga. Stał tutaj przy granicy z lasem, przyjemny hotel, którego taras urywał się nad o wiele niżej położonym jeziorem Wigry. Skorzystałem z gościny. W recepcji poszło łatwo. Kiedy dziewczyna wyciągnęła rękę po dowód, dostała sto złotych. Wybrałem pokój z oknem na drogę. Miałem sporo słońca. Hotel był z grubych bal drzewnych od zewnątrz, w środku z delikatniejszego drzewa. Dla kogoś szukającego ustronnego miejsca, tak jak ja, podobało się. Uchyliłem okno. Zamówiłem przez telefon kawę z ekspresu. Restauracja na dole była zamknięta, ale nie dla gości hotelowych. Po chwili dostałem kawę, a dziewczyna stówkę do fartuszka. Rozsiadłem się w fotelu. Wyjąłem z plecaka papierową książkę i czytnik. Wolałem oczywiście papier, ale razem z czytnikiem posiadłem niezłą bibliotekę.

Zacząłem od papieru. Mogłem wziąć właściwie bardzo niewiele, wybrałem więc to, co akurat mnie interesowało. Dziennik Michała Hellera: „ Podróże z filozofią w tle „. Lubiłem czasami średniowieczne, a właściwie staropolskie określenia, teraz chętnie bym nazwał ją  przednią książką. Właściwie od dawna nie przyznawałem się do katolicyzmu, ale… miał on powab dzieciństwa, może więc dlatego lubiłem wracać myślami do pewnych wspomnień. Filozofię zacząłem sam zgłębiać, miałem jej trochę kiedyś na studiach, zawsze lubiłem rozmyślać na różne tematy. A Kant dodał mi pewności siebie. Upiłem kilka łyków kawy i zagłębiłem się w lekturze. Po godzinie czytania wstałem, spoglądałem przez okno na pola i lasy i naszła mnie myśl, że pośród tej przyrody, sam i do tego ścigany, jestem jak dziecię boże. Sięgnąłem więc po czytnik. Położyłem się na łóżku, włączyłem muzykę w stojącym radiu przy łóżku i poszukałem takiej książki. Kiedyś zacząłem ją czytać, zaraz jak została u nas w kraju wydana, a Cormac McCarthy zaczął się robić sławny. Wcześniej ludzie znali tylko jego „ Drogę „. Okazało się, że mam ją, więc zacząłem czytać. Po kilku stronach przerwałem, zmieniłem kilka stacji, ale myzka nadal mi nie pasowała. Włączyłem więc wifi w smartfonie i ustawiłem  wypróbowane stacje online. Ale czytanie mi nie szło. Nie czułem się psychopatą. To że brałem pigułki, bardziej przemawiało za mną, niż przeciw. Bohater  opowiadnia Cormaca najwyraźniej nie leczył się. A to była wielka różnica, o ile w ogóle było jakieś podobieństwo. Może tylko przyroda, zapach lasu i ta cisza wokół była łączącym spoiwem. Internet zacinał się w tej głuszy. Kiedy radio gasło, wybrzmiewał zegarek i mój oddech. Równomierny oddech. Nie byłem zdenerwowany, tylko… może trochę smutny. Opuszczony i sam. Wiedziałem, że tak jest lepiej z dwojga złego. Ale jednak czytanie nie szło. Usiadłem więc do smartfona, podłączyłem malutką klawiaturę, która wyglądała jak pad do playstation, a miała właściwie wszystko co normalna klawiatura laptopa. Był nawet mały touchpad. Prowadziłem dziennik, ogólnodostępny na platformie tumblr. Zacząłem od opisania dzisiejszego wydarzenia, z komentarzem wyjaśniającym czemu to miało służyć. Na razie jednak wpis pozostawiłem z opcją opublikowania w przyszłości, tu się zastanowiłem jaką wpisać datę, tydzień czy dwa tygodnie do przodu. W końcu ustawiłem, że za tydzień.

 

Zszedłem na dół po cennik z restauracji, bałem się na razie wychodzić z hotelu. Ceny takie sobie. Wyszedłem na mały balkon, stał leżak, usiadłem, drewniana weranda zakrywała mnie całego. Siedziałem i nie mogłem wstać, nie było po co. Komórkę wyłączyłem, kartę sim zniszczyłem, starą komórkę zwandalizowałem i resztki wpakowałem do śmietnika. Dobrze więc jest odpocząć od internetu. Miałem za to aparat fotograficzny z teleobiektywem. Próbowałem namierzyć jakiegoś śpiewającego ptaka. Czas mijał, zmęczyłem się wypatrywaniem ptaków, położyłem się na wygodnym łóżku. Zadzwoniłem i zamówiłem na dole wątróbkę z cebulką, frytkami i surówką z białej kapusty. Cena 18 zł. Dało się żyć. Nie mogłem liczyć na zbyt wiele, byłem ścigany i kończyła mi się kasa. Jakie było moje zdziwienie, kiedy kelnerka przyniosła wątróbkę. Pod krótkim fartuszkiem nie miała już spódnicy. Tylko jakieś błyski w oku. Od razu mi stanął. Zapytała się, kiedy ma wrócić. Zaschło mi momentalnie w gardle i wykrztusiłem dziesięć minut. Kiedy wróciła przywitałem ją z mocno wybrzuszonymi spodniami. Z uśmiechem na twarzy zaczęła się rozbierać. No bo co właściwie można innego robić w takiej głuszy, prawda? Bez słowa sprzeciwu przyjąłem tę rolę.

 

W mieście pogorzelisko, tak można by oddać nastrój wielu ludzi. Media nie miały wyjścia i musiały dokładnie opisać wydarzenie. Było zbyt wielu naocznych świadków. Można sobie łatwo wyobrazić, że zainteresowani podzielili się na współczujących i zadowolonych. Po pierwszym szoku uwaga czytelników portali internetowych i słuchaczy radia skierowała się na poszukiwanie sprawcy strzałów. Rzecznik policji co kilka godzin udzielał wywiadów. Następnego dnia miał się zgłosić na policję dawny kolega sprawcy. Po jakimś czasie już było wiadomo oficjalnie, że poszukiwany to Jerzy K. Mężczyzna w wieku 40-tu lat. Wieku Chrystusowym, jak podawała katolicka stacja radiowa. Na stałe zamieszkały w mieście, pracujący jako fotograf, z wykształcenia filolog. Mieszkający z matką w bloku na Osiedlu Centrum. Samotnik, w internecie nazywany stepowym wilqem. Nigdy nie był żonaty, nie ma też dzieci. Psycholog policyjny nazwał go odizolowanym czy wyizolowanym, być może cierpiącym na schizofrenię. W chwili „ zamachu „ – jak określił to zajście – mógł być w stanie psychozy, gwałtownym i niebezpiecznym stanie schizofrenii. W efekcie do poszukiwań „ zamachowca „ włączył się szpital psychiatryczny. Media w kolejnych informacjach zaczęły nazywać go tym „ Psycholem „ albo „ Psychicznym „. Komentarze internautów były mniej wybredne, najczęściej powtarzały się określenia: wariat, śmierdziel, psychopata, morderca, bandyta. Już nikt nie pamiętał, że od lat był stepowym wilqem. A może prawdziwi internauci nie mają zwyczaju włączać się w ludyczne rozrywki nagonki myśliwych na zwierzynę. Zabrakło znajomych z sieci. Teraz był już tylko zwierzyną do odstrzału. Działania operacyjne policji mimo tego szły opornie, wręcz po grudzie. Matka nic nie wiedziała. Znajomi zapadli się jak kamień pod wodę. Poszukiwania telefonu i ip w sieci nic nie dały. Jerzy K. zapadł się jak gówno w przerębli.

 

Był jeden człowiek, który wiedział więcej. Borowik. Znał wiele IP. Znał myśli i emocje wilqa. Czuł tego wariata. Ale ten wariat nie mógł liczyć na empatię. Bo naczelny i właściciel portalu kochał Barbarę. Całe swoje serce włożył w kampanię. Trzewia swoje. A ten śmierdziel ugodził ją w zad. Przyszli do niego, pogonił leszczy. Sam znajdzie śmierdziela. Jak go kurwa nienawidził ! Zadzwonił na gorącą linię do FSB.

 

A u mnie nadspodziewanie miło upływał czas. Trochę się bałem, że nie dam rady przez te tabletki. Ale było spoko, serio. Wytrysk trzy razy dziennie ostatni raz miałem w wieku dwudziestu lat. Nie tylko ja potrzebowałem towarzystwa w tej głuszy. Były dwie młode panie, które zmieniały się. Dopłaciłem dwie stówy i miałem… jak to się nazywa… Zasnąłem wypompowany. Dawno nie miałem takich pięknych chwil. Czułem się szczęśliwy.

 

Obudził się rano, zamówił kawę. Pił kawę w fotelu na balkonie. Zapach lasu był krzepiący, śpiewały jakieś ptaki, miła atmosfera. Miał dużo czasu i to poczucie luksusu pobudziło go do zastanowienia się nad starym problemem. Jakiś czas temu dokonał małego prywatnego odkrycia, mianowicie dlaczego natura i jej dobór naturalny naznacza wielu artystów homoseksualną orientacją. Z kolei inżynierów obarcza dziećmi z autyzmem. Tak jakby Natura chciała się pozbyć z ziemi artystów i inżynierów.   Tych ostatnich mogła się bać, sztucznej inteligencji, klonowania, robotyki, informatyki, inteligentnych maszyn. Artystom zazdrościła. Poprawiali ją. Wytykali jej bezduszność i bezwzględność. O tym pisał przecież Miłosz w książce „ Ziemia Ulro „. Dojście do tych wniosków zajęło mu prawie godzinę czasu. Wziął więc na warsztat inny problem. Dlaczego jest właśnie tak, a nie inaczej, że nie ma w jego mieście zwyczaju pośredniego bycia pomiędzy oficjalnymi wydarzeniami, a zupełnie prywatnymi. Że istnieje jedynie alternatywa: oficjalne – prywatne. Zauważał, że bycie pół otwarte rozwiązywałoby wiele problemów. Umożliwiałoby pozbycie się pewnej dozy sztywności i sztuczności, ale nie musiałoby oznaczać bratania się. Takie bycie mogłoby ułatwić życie wielu ludziom. Nie wiedział do jakich pojęć i wniosków doszedł Heideger w książce „ Bycie i czas „ – pierwszej książce o byciu. Nie był pewien czy potrafi się wznieść na takie wyżyny intelektu. Swoje prywatne myślenie dawało mu sporo radości, szczyptę zadowolenia z siebie. No, ale nie mógł do końca zapomnieć, że jest ścigany. Zamówił coś prostego do jedzenia i podliczył pieniądze. Dużo tego nie było. Miał siedzieć w tym hotelu kilka dni, ale coś mu mówiło żeby jechał dalej w las. Spakował szybko plecak, zjadł śniadanie, zapłacił. Pocałował na pożegnanie znajome z recepcji i ruszył dalej przez las. Gdyby nie kleszcze mógłby spróbować się gdzieś rozbić w lesie. Droga prowadziła w dwóch kierunkach, do Klasztoru Wigierskiego położonego na półwyspie, gdzie można było wynająć pokój w dawnych eremach kamedulskich. Ceny były jednak tam słone, mimo że woda jeziora Wigry wokół jak najbardziej słodka. Drugie rozgałęzienie prowadziło wzdłuż domków dla letników. Zastanowił się na spokojnie. Istniało duże ryzyko, musiał zniknąć. Po drodze do klasztoru istniało dzikie pole namiotowe. Zrobił tak, że zjadł konserwę przy leśnej wiacie, z dużym smakiem. Słyszał szum kołyszących się wysokich drzew, czuł zapach żywicy, obserwował pomykające wiewiórki, nasłuchiwał stukające dzięcioły, a nawet sowy pohukującej od czasu do czasua. Takie chwile mogły trwać jak najdłużej. To było to, cool i klawe jak cholera. Posprzątał, dopakował się i pojechał w kierunku Płociczna. Tam z kolei prosto szeroką asfaltówką do Augustowa. W tym turystycznym miasteczku nie zwróci niczyjej uwagi i poczeka, aż mu się pieniądze skończą.  A potem coś wymyśli.

 

Matka Jerzego K. była szalenie ciekawa, dlaczego syn to zrobił. Nie znała go takim. Co też choroba robi z ludzi, mówiła co chwilia policjantom. Mieszkanie matki i syna wyglądało raczej przeciętnie, nie było zaniedbane jak w rodzinach alkoholików. Serce starej matki bolało, że syn stał się łowną zwierzyną, a nie myśliwym. Jego rówieśnicy byli myśliwymi. Pozakładali rodziny, pracowali na etat, mieli zus. Leczył się, wiedziała że jest niepełnosprawny w tym sensie, ale takie wydarzenie jak to,  przerywało iluzję, zrobiła się dziura wielka jak ananas. Policja wyraźnie sygnalizowała, że jej syn jest ofiarą, a ona resztkami poczucia humoru próbowała załagodzić, zaczarować sytuację. Nie chciano jej powiedzieć o motywach postrzelenia w zad prezydentki miasta. Gliniarze przyszli, by dowiedzieć się tego od matki. A tu gówno, jak podsumował jeden z nich.

 

W szpitalu powołano grupę kryzysową. Jerzy nie mógł wiedzieć, że sprowadzono z Białegostoku łowców. Łowcami nazywano specjalne brygady psychiatrów, działające w utajnieniu, które szkolono w policji i w ABW, by potrafiły w miarę samodzielnie odszukiwać chorych i niebezpiecznych ludzi. Na wyposażeniu łowcy był pistolet z małymi strzykawkami, zamiast tradycyjnych nabojów, służącymi do usypiania. Podczas akcji nosili policyjne kabury. W nieoznakowanej ciężarówce jechali przez centrum i  analizowali ewentualne drogi ucieczki. Policja sprawdzała hotele i kempingi. Lider grupy, doktor Szarski, przygotowywał profil psychologiczny. Wychodziły mu dziwny na kiju, chuje muje i nic podobnego do czegoś normalnego. Przecież to śmierdziel, czego chcesz? Usłyszał. A jednak to nie był zwykły śmierdziel. Muszę go mieć ! Odkrzyknął. Zacznie od EEG, niezwykły przypadek. A co ci wychodzi? Usłyszał za plecami. Ludek o kilku twarzach… wychodzi. Tacy ludzie NIE ISTNIEJĄ, dobitnie zaakcentował to intonacją.

 

Borowik przydał się łowcom. Znacznie przyśpieszyło to odnalezienie Jerzego. Otrzymał info od FSB, że satelita wypatrzył go na kempingu w Augustowie. Natychmiast zadzwonił na policję, że ktoś go widział na kempingu w Augustowie. Chwilę potem łowcy zmierzali w kierunku Augustowa.

 

Kiedy Barbara Żygoń otrzymała tę radosną nowinę, leżała nadal na brzuchu w swoim domu, a mąż właśnie zmieniał kolejny kompres. Zaraz będą mieli gada, wycedziła. Niech szczeźnie. Ten gnój ośmieszył mnie i bimbał na nosie… Zaraz zadzwonię do komendanta, żeby mu wpieprzyli na komisariacie. Obawiam się moja duszko, wtrącił się mąż Barbary, że zabiorą go od razu do szpitala. A niech to… usłyszał w odpowiedzi.

 

Ja tymczasem miło spędzałem czas na kempingu. I nie musiałem płacić. Kawę piłem nieopodal w kawiarni odjazdowego hotelu. To była jazda, taką mocną kawę podawali. Spytałem czy po turecku gotowana? Po latynosku, wyjaśniła urocza barmanka. Jak by się tak dobrze zakręcić, to kandydatek na żony mnóstwo wokół. Już szykowałem swoją zakręconą mowę, żeby poderwać barmankę, kobietom podobała się taka zakręcona gadka, być może sądziły, że facet jest tak podjarany na ich widok, że język mu się plącze. Z lekka się uśmiechnąłem i już miałem zacząć mówić, ale coś błyskało za oknami. Zapłaciłem za kawę i poszedłem zobaczyć co to. Przy kempingu stały dwa radiowozy z włączonymi światłami bez sygnału.

Stał osłupiały z nosem w wielkiej szybie. Czy oni powariowali, po cichu siebie zapytał. Policjanci prowadzili skutego do radiowozu jakiegoś mężczyznę. Kur !…de, to nie ten, zaśmiał się. Wrócił po kawę, usiadł przy stoliku i zamyślony popijał. Zamówił drugie espresso. Ustawił obok siebie małe filiżanki. Coś mu to przypominało. Ale śmiał wątpić, by ktoś na sali zwrócił na to uwagę. Młodą dziewczynę, która była kelnerką, podejrzewał najmniej i nie dlatego, żeby wyładować swoje frustrację na płci przeciwnej, ale bo przeciwnie, paradoksalnie wszystko się zgadzało, małe prowincjonalne miasta były w dużym stopniu przewidywalne. Co mogło być dużym atutem tych miast, ale tak się akurat składało, że on był tym, który chętnie by zaprotestował. Spokój ludzi błogosłowiony przez Naturę, życzącej ludziom szczęścia, mógłby zostać zburzony przez wolnomyślicieli, intelektualistów czy nawet zwyczajnych czytelników różnych książek. Czytelnictwo mogłoby pobudzić ludzi do działań, do myślenia i zburzyć spokój. Książka była wrogiem. Mogła coś podpowiedzieć. U takiego inteligenta mogły się zrodzić w głowie dziwne myśli. Niebezpieczeństwo Natura wyczuwała już z daleka. Awersja do książek była powszechna, z pewną stałą  cechą spadku czytelnictwa do wyobrażalnego minimum w małych miastach. W metrze czy tramwaju zawsze ktoś czyta, w małym mieście niewiele o tym wiadomo w jakim wieku są czytelnicy, biblioteki nie podają takich danych. Nie wiadomo też co czytają. Ale chyba nie stanowią znacznego zagrożenia dla Natury. Tak mu się wydawało przynajmniej przy stoliku. I miał rację. Kelnerka w ogóle nie zwróciła uwagi na ułożenie espresso. Wymknął się chyłkiem.

 

Siedziba gazety internetowej Info była imponująca. Taka mała Agora. Czy to przesada, chyba nie. Właścicielem, wydawcą, prezesem i naczelnym był w jednej osobie Adam Borowik, który w białej koszuli, ciemnej marynarce, obcisłych ciemnych dżinsach i fryzurze przyciętej na grzybka, z wyglądu nawet przypominał borowika. Ludzie zazwyczaj nie chcą być kojarzeni poprzez dosłowne znaczenie swego nazwiska, polska szkoła potrafi czynić cuda w tym względzie. A tymczasem Borowik przypominał borowika. Nie można od każdego domagać się tzw. normalnej sylwetki, niektórzy nie potrafią się opanować i jedzą zbyt dużo. Fryz na grzybka jednak najzupełniej nie był wskazany temu mężczyźnie. Ani białe koszule. Nie dam wiary, że nikt mu o tym nie powiedział, to była celowa robota. Gość chciał coś przez to powiedzieć. Myśl człowieku, mówił do siebie. Zaraz, zaraz… Co on chce powiedzieć? Zaraz, zaraz… Na Biuro Ochrony Rządu mówi się Borowcy albo Borowiki. Jasne, to by się zgadzało. Adam Borowik chciał swym wyglądem powiedzieć, że uważajcie, ja już potrafię ochronić swoją prezydent. Bodygaurd jestem i potrafię użyć tego co trzeba. Trudno sobie wyobrazić, by inni ludzie też nie odgadli znaczenia tej przebieranki. Niewątpliwie taki wygląd miał swoje nieoczekiwane plusy. Z daleka już było widać naczelnego. Uważał się za dojrzałego mężczyznę, choć ledwo co przekroczył czterdziestkę. Zlecał młodym dziewczętom robienie kawy, od tego między innymi miał dziennikarki. Choć nie zawsze były to doświadczone dziennikarki, bowiem by zaoszczędzić na wypłatach zatrudniał również młode kobiety „ do przyuczenia „ a potem brał następne. Zwykle ludzie wolą pracować z profesjonalistami, ale jest też taki gatunek polskiego biznesmena, który woli nie dać temu, co potrzebuje, bo robi wiele rzeczy jedynie na pokaz. POzerstwo królowało chyba w każdej dziedzinie życia naszego kraju. Skoro przyszła moda na antyinteligenckość, czyli na normalnych ludzi, czytaj ciołków ( nie uchybiając średniowiecznemu uczonemu Erazmowi Ciołkowi zwanym Witelonem ), to jak się powiedziało  „ a „, trzeba było iść przez cały alfabet. Szef Info był pozerem. Przyjęło się w latach dziewięćdziesiątych , że każdy biznesmen, by zasłużyć na dobrą opinię, musi kiwać szaraków. Jednak nawet i on miał swoje tajemnice. Jego niespełniona miłość musiała w końcu zrodzić frustracje. Kiedy nadchodzi noc, wychodzą ponoć demony.

 

Zad prezydentowej Żygoń był w opłakanym stanie. Ale dochodził do siebie, a to było najważniejsze. Bez wyleczonego zadu nie mogła zasiadać, ani jeździć ani latać. Gapiła się w telewizor, kiedy spocone uszy odmawiały posłuszeństwa po wielogodzinnych telekonferencjach. Lubiła pracować. Kobieta pracująca żadnej pracy się nie boi. Jednak przez telefon nie ujawniał się urok osobisty. Słusznie ludzie mówią, że ta czy inna rozmowa nie jest na telefon. Przez telefon kobiety uwodzić nie potrafią. Jest to pewien paradoks. Może życie składa się z paradoksów? Myślała sobie. I z dobrych informatorów. Miała całą siatkę zaufanych w Ratuszu. W każdym pokoju miała oczy i uszy. Tylko ci Polacy! Dlaczego nazywają mnie Gestapo?! KGB powinni mówić, a nie po niemiecku. Nazywanie weteranki polsko-radzieckiej przyjaźni gestapówno było czymś więcej, niż policzkiem w twarz! Ona już wiedziała, kto za tym stał. Ta Baran za tym stała, złośliwa i brzydka kwoka. Wymądrzała się i wymądrzała w Arce Kultury. Ale sukę wcześniej wypierdoliłam, zarechotała do siebie. Mądralówna, he he. I kto teraz mądrzejszy ? Po UJ, ale w mieście jak zechcę będzie zerem. Wyzywając i obrażając jeszcze wielu innych podwładnych w końcu zasnęła, a zad się zaczął pięknie goić. Sen jest dobry na wszystko.

 

 

Łowcy dostali pierdolca. No doprawdy inaczej tego nie można nazwać, niż PIERDOLCEM. I nie chodzi o to, że takie panuje powszechne przekonanie o psychiatrach, o nie, zupełnie nie o to chodzi. A jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o… o nie, też nie. Nie bądźmy tacy schematyczni w myśleniu. Prawda często jest prozaiczna. I tym razem też taka była. Schwytany facet nie był Jerzym K. Doktor Szarski o mało co nie dostał pierdolca. Kiedy uspokajany przez swoich kolegów opadł w końcu na krzesło, jeden z nich z nienacka wbił mu w udo dużą strzykawę. Chop siup i chłop uspokoił się. Prawie zemdlał, ale wystarczyło parę policzków, obudził się i zrobił minę misia po sporej dawce browara. Dawka eprazonololu ponoć nie uzależniała w przeciwieństwie do piwa. Wyjaśnijmy dlaczego Szarski wpadł w szał. Zatrzymany mężczyzna był do złudzenia podobny do poszukiwanego, ale w ogóle nie śmierdział. Był prawie cały wyperfumowany i  w dodatku robił to codziennie. Umiał wymienić szereg perfum, którymi spryskiwał się przez ostatnie lata. Kiedy zaczął je wymieniać Szarski dostał szału. Doktor Szarski. Powoli trzeźwiał po dawce eprazonololu. Pewne było jedno, że pułapka jest spalona. I słusznie dedukowali. Szkolenia w ABW nie poszły na marne. Nie byli jednak w ciemię bici, jak by mogło się pozornie wydawać. Raźno zabrali się do pracy umysłowej. Niby Jerzy K. mógł był wszędzie, ale… skoro od razu nie uciekł gdzieś daleko czy do innego państwa, była duża szansa że jest nadal gdzieś niedaleko, np. w puszczy. I rzeczywiście Jerzy K. nie uciekł daleko. Ale zamierzał to zrobić. W tym celu złapał stopa i był w drodze do Warszawy. W serwisie last minute kupił jakiś najtańszy bilet lotniczy i był to bilet do… nie wiadomo gdzie. Miało się okazać gdzie, dopiero w kasie lotniska.  Zrezygnowany jechał więc przez pola, łąki i lasy. A Polska to duży kraj. Dłużyło się więc i jemu i kierowcy. Żeby temu jakoś zaradzić, rozpoczęli pogawędkę. A że kierowca miał gadane, zaczął snuć opowieść. Na wstępie od razu jednak zaznaczył, że nie jest drugim Hłasko, który ponoć miał  zwyczaj tak czynić, zanim zasiadał do spisywania kolejnego opowiadania. Kierowca usprawiedliwiał się, że jest zwyczajnym gawędziarzem, coś w deseń Stasiuka. Pan wie, Andrzeja Stasiuka.  Jerzy K. też znał Stasiuka z jego gawędziarskich książek, więc przytaknął tylko głową, choć w duszy wątpił, by kierowca choć na centymetr się przybliżył do artyzmu opowiadania Stasiuka. Był jednak gościem w kabinie tira i nie wypadało uchybić gościnności i okazać się niewdzięcznikiem, co to pohańbi odwieczne prawa i obowiązki gościny. Ponownie przytaknął głową na zapewnienia kierowcy, że nie jest gorszy od Stasiuka. Robił to z całkiem poważną miną, by nie daj Bóg gospodarza nie urazić. By nawet cienia zwątpienia nie zasiać.

 

 

Opowieść kierowcy tira.

 

Miał pewien facet tutaj niedaleko duży magazyn, hurtownię. W nocy… ale zacznijmy po kolei. Ten właściciel dużej hurtowni miał też portal internetowy. I zatrudniał kilka osób w budynku w centrum miasta. W środku biuro z dużym przedpokojem i tylnymi drzami, które prowadziły do piwnicy. Zwracali się do niego per szefie. Kiedy zauważył kogoś ciekawego w holu redakcji, to zaraz brał go do siebie. Jednym słowem brał go w obroty. Na spytki go brał. Badał gościa z każdej strony, nawet dupy strony, jak się miało później okazać. Wypytywał o urodzenie, matki pochodzenie, nawet z ojca strony koligacje i rodzinne osadzenie w mieście, szkoły i pracę. Jeśli się trafiał jeleń bez rodowodu, stawiał na nim krzyżyk. Proponował człowiekowi bez rodziny i spoza miasta, by pojechał na szkolenie, a dokładnie pod adres hurtowni. Hurtownia mieściła się w dzielnicy przemysłowej, w dzień całkiem ludnej. Była olbrzymia z masą zakamarków. Zbudowali ją jeszcze za komuny, a potem w latach dziewięćdziesiątych wciąż dobudowywali. Trafił tam raz młody szczupły chłopak. W kanciapie hurtowni wzięli go z zaskoczenia. Dostał kijem w tył głowy. Obudził się w obcisłym skórzanym skafandrze, nawet głowę miał w skórze, jedynie na ustach zamek. Szef tego portalu pojechał w nocy do hurtowni i kiedy młody się zbudził, szef rozpiął mu zamek na ustach. Z oczu zdjął skórzane klapki, tak że przez małe otworki w skórze świeciły oczka młodego.

- Słyszysz mnie?

- Słyszę. – zajęczał młody i pogładził się po głowie. Nie mógł za wiele czuć, bo i ręce były częścią skórzanego skafandra.

- Odtąd nazywasz się Pokrak! Zrozumiano?!

- Tak.

- Co tak?! Tak jest szefie !!! Masz mówić! – kopnął go dość mocno. Zrozumiano?!

- Tak jest szefie !

- Goood… Chodź tu bliżej. – Pokrak podreptał do szefa, nie mógł się wyprostować w tej za małej skórze, wyglądał jak duża małpa, kiedy zgięty dreptał, a momentami jakby podrywał się do biegu podskakując śmiesznie. Ta nieporadność wywołała rechot u towarzystwa. Ha, ha, ha… Obok szefa było dwóch wtajemniczonych pracowników hurtowni. Z twarzy urodzeni sadyści. W roboczych kombinezonach cieszyli się jak dzieci z nowej maskotki. Poskacz jeszcze trochę ! Szef rozkazał. I Pokrak skakał i skakał, aż padł na beton ze zmęczenia. Dalej! Skacz! Szef i tamci dwaj zaczęli go kopać. Skacz! Dawaj! Pokrak wstał, podskoczył trzy razy i znowu padł na ziemię. Dobra, zostawcie go. Wrzućcie go do klatki. Jak będę miał kogoś do ruchania, to się odezwę i się zabawimy. Towarzystwo zarechotało. Kierowca tira na chwilę zamilkł. Zerknął na mnie. To co mówię, wciąż patrzył się na mnie,  to wszystko prawda, szwagier pracuje na policji i opowiadał, że nawet na komendzie współczuli chłopakowi. To wszystko serio, powiedział dobitnie i znowu zamilkł. Już nie zerkał na mnie. Obaj się gapiliśmy na przestrzał. I to nawet z jakieś pięć, może dziesięć minut. Wtem kierowca nagle zaczął dalej gawędzić. Innego dnia szef znalazł ofiarę. Był to duży Rosjanin, ale taki bardzo duży, jak drwal tylko że dwa razy większy. Oferował tanią benzynę w dużych ilościach, towar deficytowy. No ale szef nie miał przekonania do gościa, bo niby dlaczego miałby mieć. Wahał się, wciąż jednak wahał się. Nie wiadomo co myślał, kto bowiem może wejść do czyjejś głowy i wszystko sczytać, jakby podłączyć kabel hdmi do komputera i skanować myśli. Na szczęście to nie realne na początku XXI wieku. Może kiedyś ludzie będą tak robić, oszukiwać matkę Naturę. Oszukają ją i wyrzucą na śmietnik historii. Kim wówczas będzie Bóg… Może bogiem mistyków, miłością bez pośredników. Pozbędziemy się Natury, zyskamy nowe doznania, stanie się nowe i lepsze? Może chociaż lepsze. Bo na początku XXI wieku duży Rosjanin trafił do hurtowni. Kiedy szef dymał go związanego od tyłu, Pokrak warował i na smyczy przyglądał się. A kiedy szef kończył, kazał Pokrace przybiec jak najbliżej, chciał bowiem spuścić się nie tylko w otworze Rosjanina, ale również ochrzcić Pokrakę i pokropić głowę życiodajnym nasieniem. Panie, co zrobisz z Ruskiem? Szef kiwnął palcem na swoich ludzi z hurtowni. Teraz oni zabrali się do roboty. I każdy chrzcił po swojemu Pokrakę. Bo tak trzeba było robić i to podobało się Panu. Kiedy szef już nasycił się, kazał posprzątać i zamknąć duże ciało, jutro powtórka, wesoło oznajmił towarzyszom. Przygotujcie na jutro samochód, wywieziemy Ruska na granicę, odziejemy w szmaty i wypędzimy z ziemi obiecanej. I tak zrobił ! Podniósł głos kierowca. Jak miły Bóg, tak zrobił. Patrzyłem się na niego nieco zdziwiony. Podniecała go ta cała historia? Czy wywoływała tak silne emocje, kiedy ktoś sam ma coś podobnego za uszami? Strach mnie obleciał. Jedziesz i jedziesz, a nie wiesz z kim, może z gwałcicielem, może sadystą. Spróbowałem zmienić temat, na aktualną politykę skierowałem myśli swoje i tirowca. Tak było bezpieczniej, jeśli nawet polityka również rozpalała zmysły, to ginęły one gdzieś w przestrzeni, w tym polskim powietrzu nad łąkami i polami, które mijaliśmy w tej naszej wędrówce ku lepszemu życiu. Ja myślałem już teraz tylko o tym, by jak najszybciej wyrwać się z tego kraju i gdzieś polecieć, kupić bilet w ostatniej chwili i wsiąść do samolotu nie wiadomo dokąd. Dokądś.

 

O każdym szczególe tych wydarzeń wiedział suwalski mag Szymon. Parał się alchemią i szeptuchami, znany był z tego, że potrafił przewidywać przyszłość, chociaż w totolotka nie udało mu się jeszcze wygrać. Tacy magowie, jakie miasto. Mimo paranormalnych zdolności, był człowiekiem racjonalnym, nie ulegał zbiorowym histeriom, swój czas poświęcał książkom, których duży zbiór z uporem maniaka gromadził w swym domu. Interesował się wieloma dziedzinami, a pęd do książek zawdzięczał swoim zdolnościom, szukał bowiem źródła tych zdolności w książkach. Wrota do ukrytych mechanizmów świata odkrył dość późno, zapoznając się z grubą księgą o tytule: „Sekretna historia świata“. Bynajmniej, nie był to żaden biały kruk, ani stara księga, ale nowa książka angielskiego badacza ezoteryki, okultyzmu i tajnych stowarzyszeń. To wówczas przeszedł cały kurs Rudolfa Steinera zwany „ Wiedzą tajemną “. Dostąpił inicjacji i stał się wtajemniczonym, zyskał tajemną wiedzę. Niewiele osób o tym wiedziało. Zwierzył się tylko sąsiadowi obok, ezoterycznemu malarzowi. Szymon mag nie zrobił kariery na uczelni, przeszedł na wcześniejszą emeryturę bez  habilitacji. Rektor nie chciał dłużej trzymać doktora bez dorobku naukowego. Żona Szymona wyjechała kilka lat temu do córki, która dostała ciekawą pracę w USA na uniwersytecie. On jednak dostąpił inicjacji tutaj, na tej ziemi i był tej ziemi coś winien.  Chciał by Bóg pokochał tę ziemię.

 

Bardziej prozaicznym człowiekiem była prezydentowa Żygoń. Kibicowała pewnemu tajnemu projektowi, które wojsko prowadziło w Parku Naukowym. Celem projektu było stworzenie wojskowego Golema. Różne laboratoria w Polsce i Europie dostarczyły gotowe narządy ludzkie wyrosłe z komórek macierzystych. Na taśmie produkcyjnej próbowano teraz złożyć całego Golema.

Z Polski przyszły nerki, wątroba i serce. Mózg z Niemiec. Ręce i nogi z Włoch. Anglia i Stany Zjednoczone dostarczyły nerwy, krew, osocze i kręgosłup. Płuca przysłała Hiszpania. Francja penisa i jądra. Pomniejsze narządy dostarczyły inne kraje, też pomniejsze. Śmieszne to trochę, ale układ zapamiętany z dziecinnej piaskownicy nadal obowiązywał. Kraje mikrusy dostarczały małe narządy. Obowiązywała też jeszcze inna zasada z piaskownicy, dzieci z dobrych rodzin nie bawiły się z dziećmi z tych patologicznych. Mimo więc, że Rosja miała bardzo obiecującą technologię składania Golema, nie skorzystano z niej. Bano się, że powstanie jakiś szemrany Golem. W najgorszym razie jakiś psychopata Golem.

 

W mieście Jerzego K. żyło wiele rodzin z problemami. Wiele tych osób na starość kończyło w Domu Opieki Społecznej pod Nocnikiem. Zwykle byli to inwalidzi lub częściej spaczeni, chorzy ludzie, często psychopaci, zdegenerowani ludzie pochodzący z patologicznych rodzin, których wychowali tacy sami psychopatyczni rodzice.  Nie znaczy to, że koło cały czas było w ruchu, takie rodziny dość szybko wymierały. Dorośli pokręceni ludzie kończyli jak Karamazowie, jeśli ktoś przetrwał i się rozwijał to był cudownym dzieckiem, jak Alosza Karamazow. Chodzi o cudowne przymioty duszy, a nie umysłu, bo niestety, ale te drugie również powodowały aberracje i by daleko nie szukać, zatrzymajmy się nad losem pisarza z miasta, Tomasza Piątka, zawładniętego piekłem uzależnień. Istniały również stare rody pamiętające zabory i Królestwo Kongresowe. Jak to jednak czasami bywa, stary ród Bohatyrowiczów spotkało nieszczęście i wdarło się do niego coś niedobrego, co zatruwało i degenerowało zdrowe tkanki młodych organizmów. Michał Bohatyrowicz odkąd został radnym, popadał w coraz dłuższe ciągi alkoholowe. Przejął po ojcu dużą firmę mięsną robiącą znane markowe kiełbasy i szynki. Kiedy się tam podjeżdżało, wysokie kremowe mury zapierały dech w piersi. A zapach kiełbas i szynek drażnił nosy. Piękne logo nad wejściem błyszczało, wygrawerowano na nim słowo: Ryjek. Piękne polskie słowo, prawie tak piękne jak golonka. Polityka nie służyła panu Michałowi, ale uparł się, że chce spróbować i rozsądne głosy miał za nic. Kiedy prezydentowa na sesji rady miasta podniosła kwestię jej postrzału, pan Michał szybko złożył wniosek o przyznanie ochrony prezydentowi miasta. Alkoholicy nie liczą się z kosztami. Rada odrzuciła wniosek jako niedorzeczny i szkodliwy społecznie. W czasie przerwy, w dużym holu Ratusza wianuszek panów się ustawił do kochanej pani Barbary, by wyrazić swój ból, chociaż nie mieli pojęcia jaki to ból dostać śrutem w tyłek. Pan Michał nie ustawał w swoich staraniach. Kiedy przyszła jego kolej, chwycił ją za dłoń. Mam dla pani prezydent propozycję. Mam kandydata na ochroniarza za pół darmo. Czyli? Z rodziny, młody chłopak, wysportowany. O jakiej cenie Michał mówisz? Dla pani prezydent pół darmo. No to dawaj go do mnie. A ma pozwolenie na broń? Nie ma, ale da się to załatwić. Dobra, spadaj już, przyślij go do mnie. Jak się nazywa? Kuba. Żygoń odwróciła się szybko na pięcie i pognała do łazienki. Jako jedyna w Ratuszu miała własną łazienkę. Przestronny pokój prezydenta mieścił się na piętrze. Położyła na umywalce torebkę, z której wyjęła folię z białym proszkiem. Zrobiła kreskę na lusterku i wciągnęła, zaraz po niej drugą kreskę. Nie umiała funkcjonować bez śniegu. Bez koki świat był nudny, szary i męczący. Teraz czuła się znacznie lepiej. Poziom szczęście wzrósł znacznie i znowu chciało się żyć. Zaopatrywała się u Borowika. Łączyły ich tylko interesy, nic więcej. Dorwę tego skurwiela, co mnie postrzelił ! Musi mnie ktoś dzisiaj wygrzmocić ! Czuła ten przypływ energii. Wykrzyknęła i wyszła z łazienki z impetem, by wrócić na sesję rady miejskiej.

Po przerwie, towarzystwo w Radzie Miejskiej wyraźnie poweselało. Przyciszony śmiech zanosił się od lewa na prawo. Na czele Rady stał przyjemny, już jednak starszy pan, który dawno przekroczył platoński wiek pięćdziesięciu lat. Bo i pięćdziesiąt lat to wiek idealny dla polityka, a jak powszechnie wiadomo, polityka ani politycy idealni nie są, ale z tego powodu nie ma co od razu podważać tej powszechnej prawdy. Można owszem kształtować wzorce pewne, tworzyć odniesienia, równać do lepszych, ale kto jeszcze dzisiaj ma na to siłę? Może nieliczni masoni? Być może, ale skąd my możemy to wiedzieć na pewno. Pewny i namacalny był śmiech na sesji, miało się wrażenie, że potęgował się z minuty na minutę, a może to już tylko echo dalej grało, a śmiech się ulotnił, kiedy do sali weszła prezydent Żygoń. Jej powaga udzieliła się pozostałym rajcom. Powaga podszyta nieokiełznaną energią gotową góry przenosić. Jestem wielka, wybrzmiewało z tyłu głowy Barbary. Otaczają mnie tumany i durnie. Burak burakiem pogania. Szyk i elegancja to ja i moje psiapsiuły. Powiodła groźny wzrokiem po zamarłej sali i nakazała usiąść. Wskazała dłonią na starszego pana, ten walnął długą i grubą lachą w ziemię i sesja została wznowiona. I tak było zawsze i tak miało być do końca świata. Królestwo ducha prezydentowej będzie trwać wiecznie, bo tak już zostało zapisane boskimi zgłoskami w świecie wyższych emanacji. Starszy pan nazywał się po prostu starszym panem i wyglądał jak starszy pan. Natomiast wśród rajców wyróżniali się łysi, długowłosi i myśliwi z wąsem. Na czele łysych stał prawicowy polityk, jeszcze dość młody, o przeciętnej urodzie i posturze, przy stole siedział naprężony, zwarty w sobie. W kuluarach Ratusza opozycja mówiła na niego Pisduś, ale na sesji nie używano przezwisk, choć może gdyby nie kobiety, polityka by sięgnęła przysłowiowej piaskownicy. Od dziecka zresztą miewał kłopoty z nazwiskiem, które nie brzmiało zbyt polsko, bo trudno uznać, że Grass brzmi jakoś szczególnie po polsku. Dzieciaki, kiedy chciały mu dokuczyć, przeciągały „s“, dopiero w polityce takie nazwisko zaczęło stanowić wartość dodaną. Szybko je zapamiętywano, czasami podnosiło prestiż. Niby trawa po angielsku, ale brzmiało nieźle i kojarzyło się z pisarskim noblistą Gunterem. Dariusz Grass próbował nawet zapoznać się z dorobkiem noblisty, ale poległ na „ Blaszanym bębenku „ ,nie tak wyobrażał sobie wielką literaturę.  Kiedy zaczął o tym myśleć, jakie ma oczekiwania wobec wielkiej literatury, poległ jeszcze szybciej i dał sobie spokój z literaturą. W polityce jest system zero jedynkowy i albo ktoś ma jaja albo jest kobietą. Nie ma żadnych dziwolągów. No chyba że tylko w sejmie, w którym jest jeden gruby facet przebrany w sukienkę, uszminkowany, a wygląda jak klasyczna ciota z PRLu. Jak na tylu chłopa co jest w sejmie, to niewielu tych dziwolągów. Grass siedział za ciężkim, owalnym stołem, przy którym mieściło się sześć osób. Siedział napięty i wpatrzony w swoje notatki. Następnie prezydentowa skierowała swój wzrok na grupę długowłosych, ale szybko zemdliło ją na widok starych metalów i hipisów. Rej w tej grupie wodził Stefan, też Rej. W skórzanej czarnej kurtce, posiwiały, troszkę spuchnięty, ale w formie. Na oko dość stary już, pokolenie polskich hipisów to już wymierająca grupa. Myśliwi z kolei wyglądali zupełnie przeciętnie z tymi swoimi wąsami, wąsikami i wąsiskami. Ubierali się jak typowi urzędnicy z nieodłączną teczką w ręku i co niektórzy jeszcze z pederastką w drugiej ręce. Lubili się śmiać, kochali normalność, to znaczy się wąsy i nienawidzili „ pisdusiów“. Barbara po tym krótkim przeglądzie radnych dała znak starszemu panu. Ten znowu walnął grubą lachą w podłogę. Żygoń wstała i podeszła do mównicy, którą bardzo lubiła, bo dzięki niej robiła się wyższa o dobre pół metra. Taka mównica dodawała jej wyższości, pewności siebie i powagi, była również miłym i sympatycznym miejscem, z którego mogła wygłaszać godzinne monologi, niby bajdy snuć i dobrze się czuć w tej roli bajdury. A dzisiaj akurat temat dosłownie bajkowy zaproponowała prezydentowa. Chodziło o to czy nie należy ubrać maskotki miasta – misia Uśmicha, skoro inne miasta też ubierają swoje maskotki, np. Muminkowo ubrało Kubusia Puchatka.

 

 

Ekipa Łowców zajadała kiełbaski w barze Tesco. Popijała kawę za 2 złote z kartą klubową i gawędziła od niechcenia. Temat właściwy nie istniał. Teraz mieli inne problemy na głowie. Niesłusznie zatrzymany chłopak złożył zażalenie na policję o napaść, a uzasadnienie zwolnienia uznał za kuriozalne. Co za chujowe miejsce, powiedział doktor Szarski. Nie przejmuj się stary, trochę papierkowej roboty i po wszystkim. A tego młodego skunksa jeszcze będziemy mieli, sam do nas trafi, wcześniej czy później. Posiedzimy sobie w spokoju w tej zapyziałej dziurze. Właśnie, wtrącił się trzeci Łowca. Gruby i wielkiej postury. Wolisz ludzi uważających się za psy, koty albo za Mesjaszów ? Ten młody śmierdziel ma przynajmniej jaja. Nie większe od twoich, zarechotał Szarski. Nieopodal ich stolika usiadła starsza para z małym pieskiem na smyczy. Nieco zdziwieni spojrzeli na psa w barze Tesco, który to bar mieścił się na piętrze. Na piętro prowadziły długie schody ruchome albo winda. Co się tak gapicie głąby?! Powiedział pies. Łowcy przestali się wpatrywać w psa i zmienili temat rozmowy. Idą święta, idą święta, zanucił gruby. Kupię żonie nowy samochód, oświadczył z dumą Szarski. Jaki? Zgadujcie. Porsche. Ferrari! Lamborgini. Dupa tam porsche. Kupuję jej nową polówkę! Wow, stary! Nie żal ci tyle kasy dla żony? A co tam, stara dupa, ale niech ma. Laskę dobrze zrobi, wyliże gdzie trzeba, zasłużyła. Ja swojej kupię dmuchanego faceta, powiedział chudy i czekał na reakcję przy stoliku. To robią coś takiego? Gruby był szczerze zdziwiony. Chudy był również małego wzrostu, sięgał Grubemu do pachy.  Robią, wiesz dobrze, że moja żona jest wyższa ode mnie o głowę, trochę nam nie wychodzi, rozumiesz… Kupię takiego wysokiego, metr dziewięćdziesiąt. Rozmiar fujary też można wybrać, jak myślicie? Co myślimy? Duży czy bardzo duży? A ile to jest bardzo duży? Zapytał zaciekawiony Szarki. Czterdzieści centymetrów. Wow, stary ! Ryknęli śmiechem. Czterdzieści w zwodzie czy bez?! Pytali z szerokimi uśmiechami i udawali zainteresowanych, ale każdemu w głowie pojawił się obraz naprężonego penisa mierzącego dobre czterdzieści centymetrów. Kiedy chudy powiedział, że chodzi o czterdzieści bez pełnego wzwodu, on ma takiego gotowego od razu, niewiele trzeba do pełnego, pełny to jakieś pół metra, Szacki się zakrztusił. Takie to były Polaków rozmowy przed świętami. Zachód z pełną buzią.

 

 

A ja struchlały siedziałem w kabinie tira i niespokojnie zerkałem w kierunku kierowcy. W końcu to przyuważył. Co tak mnie świrujesz? Zapytał prosto z mostu. Walił szczerze. Homo jesteś? Ostatnie pytanie było z nutką ironii. Dużo zna pan takich historii, jak ta o której…. Dużo, przerwał mi zdecydowanie. Nie bój się młody. Ja jestem tylko gawędziarz, ha ha, głośno zarechotał i uśmiechnął się do mnie bokiem twarzy, tak że właściwie uśmiechnął się pół uśmiechem. Młody, ile ty masz lat ? Trzydzieści. To nie jesteś już dzieciak. Jaki gwałciciel by opowiadał taką historię, kiedy miałby okazję sam to zrobić? No nie wiem, może taki, co chce najpierw przestraszyć ofiarę? Taki doświadczony, z dużym stażem lat, znający się na robocie, wie pan, różne języki, praca za granicą, kierownicze staże, mistrzowie, profesjonalizm i elastyczność. Psychopata. Aaa!!! Zakrzyknął kierowca. Mówisz pan o fachowcach z wyższej półki. Dyrektorzy, politycy? Właściwie to chyba tak… A ja prosty kierowca jestem. Co w sercu, to na języku. Do szkół nie chodziłem, mam tylko technikum warszawskie. I to bez matury. Polski ok, czytałem książki, ale do matmy i ruskiego w ogóle serca nie miałem. Lubiłem mechanikę, jestem mechanikiem samochodowym z wykształcenia. Pan młody po studiach? Tak, polskich studiach. Ale nie technicznych ? Coś u pana z myśleniem logicznym trochę nie tego. Zaśmiał się cicho. Przejeżdżaliśmy już przez Warszawę, minęliśmy właśnie Marki. Zaraz mignął nam Dworzec Wileński, potem ZOO i most na Wiśle. Wpadliśmy na plac Bankowy, potem mocny skręt w lewo przy Ratuszu i z piskiem opon obok Parku Saskiego przemknęliśmy na Marszałkowską. Gdzie podrzucić? Zapytał uprzejmie. A gdzie pan jedzie? W Jerozolimskie. To ok, na placu Zawiszy. Na lotnisko? Tak, wybieram się na wycieczkę. Rozumiem, my też z  żoną latem sobie gdzieś polecimy. Oglądał pan ten słynny film o tych dwóch co wygrali w lotka i wszystko wydali na samoloty? Jasne, kto tego nie oglądał, świetna klasyka. Dziś już takich filmów nie robią. Świat się skomplikował. Sen w śnie, czarne dziury, stacje orbitalne, narzekałem z żółcią w głosie. Ja do kina nie chodzę, z obojętnie odezwał się kierowca. My z żoną wolimy oglądać filmy przyrodnicze, no i oczywiście stare polskie filmy, szczególnie komedie. Stare seriale też. Dzielą nas prawie dwa pokolenia, a mamy takie same gusta, jakoś ożywiony powiedziałem. Facet przypadł mi do gustu. Jakby pan zgadł, mam już sześćdziesiątkę na karku, niewiele już tego życia zostało. Zaparkował na placu. To co, wysiada pan… Zrobiliśmy żółwika i wysiadłem. Złapałem zaraz tramwaj i jak po sznurku pojechałem prosto na lotnisko Chopina. Czekało mnie spore zdziwienie. To lotnisko to nie to co kiedyś, kiedy statystowałem w Pitbulu. Trochę mi to zajęło, kiedy przedarłem się we właściwym kierunku i znalazłem swoją kasę. Podałem numer opłaconego zamówienia. Gdzie jest teraz wolny lot? Zapytałem z nadzieją w głosie, że udam się zaraz w jakieś fajne miejsce. Kasjerka postukała w klawisze. Może pan wybrać: Rzym, Mediolan albo Monachium. A coś do Szwecji? Dopiero w nocy. Do Mediolanu za ile czasu jest lot? Chwilę sprawdzała,  za 3 godziny. Do Rzymu był za godzinę. Wydrukować bilet? Ok, biorę. Miałem już pewien plan w głowie. Musiałem się tylko nieco przepakować. Dwa plecaki to za dużo na wieczne miasto. Poszedłem szybko do łazienki. W kabinie nałożyłem czyste rzeczy, resztę ubrań zapakowałem do torby foliowej. Plecak z paroma już niepotrzebnymi drobiazgami musiałem gdzieś schować. Wyszedłem z łazienki, torbę foliową wrzuciłem do śmietnika, a z pustym plecakiem poszedłem do szafek bagażowych. Na plecach miałem tylko plecak fotograficzny. Wybrałem najmniejszą i najtańszą skrytkę, wcisnąłem w nią zwinięty w rulon plecak, wrzuciłem pięć złotych, przekręciłem kluczyk i schowałem go do portfela. Bez zbędnego bagażu poszedłem prosto do odprawy. Po drodze kupiłem dwa słodkie pączusie. W samolocie dostałem soczek, popiłem dwa pączki i raz dwa trzy znalazłem się w stolicy. Piękne to miasto, szyk i styl. Wymyśliłem, że wynajmę rower, tak w miarę szybko i tanio dostanę się w wiele miejsc. Było we mnie trochę przekory i trudno było tak szybko przestawić się z mojego miasta na Rzym. W głowie nie miałem planu, pojechałem rowerem zupełnie na żywioł. I wiecie co? Dobrze zrobiłem. Ale wszystko po kolei.

 

 

Kiedy prezydent Żygoń tak sobie patrzyła i zawieszała wzrok na swych poddanych, naszła ją myśl. Zastanawiała się przez chwilę dlaczego czasami tak bardzo przeszkadza różnica wieku. Dlaczego tak bardzo nie lubi tego parę lat młodszego Pisdusia, a zupełnie młodego dziennikarza z radia hołubiła. Olśniło ją szybko, bo prezydent była kobietą bystrą i nieprzypadkowo tak daleko zaszła. W Polsce nie liczyła się wiedza, ale coś takiego, sztoby wartko i bystro umieć się wysłowić. Polacy więc również oczekiwali od władzy tego, co sami sobą reprezentowali. Mierności i słusznych poglądów. Kiedyś mówiło się mierny, ale wierny. Dzisiaj mierny polityk ze słusznymi poglądami, to pożądany polityk. Wyborcy są tacy sami, mierni, ale ze słusznymi poglądami. Czym był komunizm, jeśli nie religią świecką, religią, która dawała proste odpowiedzi na problemy skomplikowanego świata. Nadawała również podniosłości duchowej, dawała prawo oceniać czyjeś życie i wypowiadać sądy, tak jak daje to samo każda inna religia na świecie. Bożena zrozumiała, że nie potrafi złapać kontaktu z Pisdusiami, a bez problemu rozmawia się jej z młodym Michałem z radia. Kiedy tak się dzieje, ten defekt zwala się na różnicę wieku. Ale czy można to zmienić, zastanowiła się. Nie była pewna. Miała dużo innych prostszych zadań do wykonania. Temat ubrania Misia Uśmicha wprawdzie przepadł w głosowaniu, ale tematów nie brakowało. Miała zamiar wydać powszechne miejskie prawo do normalności. Marzyło się jej, że większość mieszkańców stanie się mierna, ale wierna i słusznych poglądów. Kadencyjność prezydentów miast nie miała ograniczeń. O starości nie lubiła myśleć, ale z jej emergią i dynamizmem była gotowa rządzić miastem jeszcze przez trzydzieści lat. I żaden burak z drugim mi w tym nie przeszkodzi. Normalność jest najważniejsza. To dzięki tej normalności wystarczy być bystrym, żeby przewodzić tumanom. Uhu! Mogę być nawet małpą. Proszę pani prezydent ! Radny z obozu myśliwych wyrwał ją z zadumy. Tak? Czy wąsy też będą w tej uchwale na temat normalności? Noszę wąsy od wojska i zawsze mam je równo przycięte, kiedyś zawijałem je do góry jak Franciszek Józef. Jaki Franciszek Józef?! Przerwała wytrącona z równowagi Żygoń. Ten z wojaka Szwejka. Aha… No i … ? Myślę, że możemy dać dobry przykład młodzieży. Możemy być dla nich wzorem postawy obywatelskiej, nasze wąsy przygotują ich do życia. Warto dbać o kształtowanie młodzieży naszego miasta. Prawda? Tak, tak. Bożena sama nie wiedziała co o tym myśleć, była trochę zbita z tropu tymi wąsami. A jaki przykład mają dawać dorosłe kobiety. Szyk, elegancja może, a może… dzieci i mąż ? Tak, dzieci i mąż, powiedział radny, jakby czytał jej w myślach. Popatrzyła mu w oczy, nie spuścił wzroku, wytrwał. Czy to był początek czegoś ? Romansu, przelotnej miłości, wynik otarcia strzałą Kupidyna, a może dzikiej namiętności, erotycznego podniecenia, miłosnego zapamiętania. Nastąpiło elektryczne wyładowanie, to pewne. Gdzieś nad ich głowami dawało się wyczuć wyraźny zapach miętowej herbaty. A przecież nikt nie parzył herbaty na sali sesji rady miasta. Kto by chciał, kto by śmiał. Nie tędy droga. A jednak coś się stało. Radny Zdzisław de Noga też coś poczuł, w jednej chwili oszalał dla kobiety. Dla nie byle jakiej kobiety. Razem mogli zawojować betonową dżunglę. Razem, już nie osobno. Świat niczym w kalejdoskopie stał się w mgnieniu oka piękny i uroczy. Był ich światem miłości. Bez miłości byli niczym, niczym ten cymbał brzmiący na sesjach i konferencjach prasowych. W miłości zjednoczeni mogli drogi, dworce, kolej przenosić. Wyższe emanacje błogosławiły nowej parze. A para czuła to, choć nie wiedziała o tym. Ich energia miłosna potężniała, rosła wykładniczo, stawała się większa od masy Ziemi, potem Słońca, aż przekroczyła masę Układu Słonecznego i dalej rosła, potężniała, ogromniała niesamowicie szybko. Oddzieleni od siebie na chwilę pustkę tworzyli, dziurę czarną, co pochłaniała przeszkody, paradosky i zawiłości. Pochłonęła również inne trudności. Miłości nie była wstanie zagrozić. Bo w kosmosie to miłość jest potężniejsza. Wszystko znosi, nawet najwieksze czarne dziury, niczemu się nie dziwi, nawet gorącym kotletom fruwających na planetach z małą grawitacją. Nie zazdrości drogich samochodów, wybacza każdą plotkę. Zdzisiek poszedł się napić do baru, ochłonąć. Barbara udzielała wywiadu z twarzą radosną i uśmiechem pełnym nadziei. Właśnie złapała w swoją pajęczą sieć kolejną ofiarę.

 

 

Arka Kultury miała się całkiem dobrze, jak na miasto prowincjonalne. Właściwie to jak na prowincjonalne miasto było lepiej, niż dobrze. Może nie świetnie czy wzorowo, zarąbiście czy fajnie, ale całkiem dobrze to i było. Wielu ludzi uznawało, że Arka to bogactwo miasta, a bez Arki nic by nie było, pustynia czerwona. Trochę przesady było w tych głosach, nie jedna Arka tworzyła kulturę miasta, jednak kiedy alternatywą Arki był brak Arki, no to proszę państwa, wybór mógł być tylko jeden. Było więc całkiem dobrze. Szefostwo Arki współpracowało całkiem dobrze z prezydentem i radą miasta. Kiedy trzeba było usunąć jakąś wystawę czy instalację artystyczną, wystarczał jeden telefon z Ratusza i wystawa była zdejmowana. Ta piękna współpraca przyniosła w końcu swoje dorodne owoce. W tym słodkim środowisku mogły żyć jedynie łagodne rybki, płotki, karasie, karpie i sandacze. Nie znajdziecie tam drapieżników, nawet śledzi. A już mówiąc tak całkiem wprost, to ośrodek kultury zdominowały kobiety. Żeby obejrzeć coś co nadawało się do oglądania w teatrze, nadal był konieczny wyjazd do dużego miasta czy wręcz nawet stolicy. Mimo że Arka miała piękną ogromną salę na siedemset osób, nowoczesne zapadnie na scenie, podscenę dla orkiestry, profesjonalne oświetlenie i nagłośnienie, niczego to nie zmieniało, oglądanie koncertów rockowych na fotelach to też było dosyć dziwne, ale co tam, to tylko prowincjonalne miasto. Szefem Arki był stary hipis. Nie on jednak dbał o normalność i słuszność w ośrodku kultury. Kobiecych ciał pedagogicznych było bowiem co nie miara. Ktoś musiał w tym mieście dbać o edukację kulturalną dzieci i młodzieży. Skoro nie szkoła i nie rodzice, to może Arka, myśleli różni ludzie, którym nie był obojętny los dzieci i młodzieży. Zwykle to byli dobrze osadzeni na ciepłych posadkach miejskich wasale bądź dłużnicy władzy, którym odzywały się zgagi i refluksy, próbowali więc zrobić cokolwiek dla tego miasta, posyłali młodzież szkolną do Arki. I sprawa załatwiona. Jednak proszę państwa, z tą Arką nie było wcale tak różowo. Fasada owszem zachowana, pozory szczytne i uduchowione. Arka była kolejnym miejscem do robienia przekrętów i miejscem pracy wasali i dłużników władzy. Jaki tam teatr, jaka sztuka. Kasa i władza. To się tylko liczyło w mieście Jerzego K. , Borowika i pani Baran. Całą sprawę pięknie opisał portal niebywalemiasteczko, który również cytował wypowiedzi różnych ludzi z Arki, z Ratusza i anonimowych obserwatorów, zastrzegających sobie incognito. Wiele się nie zmieniło po upadku PRLu. Nadal można było stracić pracę za niesłuszne poglądy, za niesłuszną postawę i bycie na przykład Pisdusiem. Co nie znaczy, że narmalni z wąsem byli spod ciemnej gwiazdy. Nie zapominali o swoich, a miasto za ich rządów piękniało. Tymczasem Pisdusie najpierw zablokowali lotnisko, potem kopalnię rud żelaza, tytanu i wanadu. Ale warto bronić jednak wolności słowa i wolności przed cenzurą i opresją w pracy za wyznawane poglądy. A tymczasem pewien niezależny dziennikarz zakumplował się z panią Baran z Arki. Ta pani Baran kipiała seksem, dla Jarka przynajmniej na pewno. Jarek, niezależny dziennikarz, a więc z góry wyklęty przez władzę, roztaczał swój urok osobisty przed Kasią Baran. Właściwie to nie bardzo potrafił rozdzielić życia prywatnego od pisania, sam więc nie był pewien dlaczego chciał poznać Kasię. Kasia starsza jednak była i z wielką nieufnością odnosiła się do Jarka. Przez internet umówili się któregoś letniego dnia na przejażdżkę rowerową. Słońce pięknie ogrzewało ziemię pozostawioną samą sobie. Ruszli na Płociczno przez piękny sosnowy las. Właściwie to prawie każdy las jest piękny, ale ten był szczególnie ładny, ponieważ obok Jarka jechała Kasia. Wyciągnął rękę i chciał złapać jej dłoń, ale ona szybko w bok skręciła i się śmiała, pięknie się śmiała.

 

 

Prezydent Żygoń wróciła z pracy. Zwaliła się na kanapę, a kiedy leżała już wygodnie, poczuła ogromne zmęczenie, bolał ją kręgosłup, mięśnie karku, gardło skrzypiało. Co się ze mną stało. Nie była w stanie się ruszyć. Czuła się przywalona wilczym kamieniem z głazowiska na przykład Bachanowo lub z jakiegoś innego głazowiska. Dryyyńńńń. Leniwie odebrała jak tłusty kocur na kanapie.

- Potrzebujesz czegoś? – w słuchawce słychać było wyraźny głos Borowika.

- Wiesz co buraku… – powiedziała to wyraźnym żartobliwym tonem – podrzuć mi coś ekstra, ale taki naprawdę dobry staff.

- Ok, wszystko co rozkaże moja pani buraczana – zażartował.

- Ale wiesz co – ciągnął Borowik – kiedyś to się mówiło inaczej, lelak, to było coś.

- Być lelakiem ? Ha ha ha – zaśmiała się perliście.

- Chodzi o samo słowo. To było fajne, ciekawe słowo. Lelak.

- A dziś się mówi burak, co chcesz, przyszły zmiany, to co tam masz? w portfelu ?

- Najczystsze na świecie LSD. Odlecisz w kosmos. Chcesz daleko polecieć?

- Na Syriusza Adaś, na Syriusza, przychodź.

 

Na Adasia nie trzeba było długo czekać. Przyjeżdżał kiedy mógł, resztę czasu spędzał w Warszawie, to wielkie miasto wzywało, przyciągało i zapraszało dynamiczne i rzutkie na kasę osoby. Barbara po starej znajomości też wpadała do stolicy, od kiedy przestała być posłanką. Teraz skupiała się na tępieniu Pisdusiów. A nic tak dobrze nie zaprawia do boju, jak dobrej jakości narkotyki. Z błogim uśmiechem na ustach połknęła kostkę cukru nasączoną LSD. Odlot natychmiastowy. Na pożegnanie długi pocałunek z Adasiem i piękny odlot potem na kanapie. Chyba go kochała. Dryyyńńńń… znowu długie dryyyńńńń… Jak ospała tłusta kocica sięgnęła po telefon, ale to nie telefon dzwonił. Więęęcc cooo ? Podreptała do drzwi, sięgnęła po domofon, tak, słucham? Pan jak? Może pan powtórzyć nazwisko? Aha, Kuba, wejdź. No i wszedł pełną gębą, pewny siebie, kiwając się na boki, z wielkim torsem, szczupłym brzuchem, zwężający się do dołu. Choć spodnie nie dawały wglądu w wielkość sternika. Barbara już w oparach miłości zawyła z zachwytu. Wchodź do środka – wskazała ręką na pokój. Poprowadziła tanecznym krokiem. Kubuś siadaj. No proszę tutaj, koło mnie, przyzywała rączką na dużą i miękką kanapę. Kubuś był przystojnym młodym chłopakiem o twarzy pociągłej, czarnych i błyszczących oczach, do tego brunet. Chodź do mnie mój brunecie wieczorową porą. Barbarze zupełnie już puściły hamulce. Wpiła się w jego młode usta. Zerwała z niego skórzaną kurtkę. Miał na sobie granatową koszulę z koloratką. Szczyt mody. Lans niesamowity. Młodzież ta najbardziej lanserska tak ubrana chodziła na dyskoteki. Szczyt elegancji. Klasa i szyk. Szał masakryczny, jak się mówiło w modnych kręgach miejskich. Chodź tu do mnie złociutki, powtarzała, choć młody Kuba już na niej leżał i spijał jej słowa wprost z ust. Tylko się nie zakochaj, szeptała i szeptała. Tylko się nie zakochaj szeptała, kiedy w nią wchodził. A on nic nie wiedział w erotycznym amoku chciał tylko wchodzić i wchodzić, coraz mocniej wchodzić i wchodzić. Taak, taak, Kubuś, szeptała Basia. Orgazm był potężny, oboje wygięci w łuk erosa szczytowali, mocno drgali. W końcu opadli na siebie, niby z raju spadali. Para w pięknym uniesieniu i zjednoczeniu. Każdy może słusznie i mądrze zazdrościć bell dolce vita amore. To nie zdarza się co dzień, a może nigdy nawet… Basia wepchnęła kochankowi do ust kostkę cukru. Leżeli i głaskali się, potem znowu pieścili, znowu seks grał, LSD jeszcze bardziej, takich rajów człowiek sam nie wymyśli, można się tylko teraz odwołać do osobistych doświadczeń, mieć wyobrażenie na ekstazę aniołów przy obliczu samego niezmierzonego Boga ? Szczytowanie było kaskadą piękna i niewyobrażalnych miłości do sobie i do ludzi na całym świecie. Podczas orgazmu oboje mieli głębokie przekonanie, że świat potrzebuje ich miłości i że oni tak mocno kochają świat, że to coś bardzo wielkiego i ważnego. I że świat przychodzi do nich ze swoją miłością. Kuba drgał i drgał, za każdym razem coraz bardziej sztywny i kiedy wypluwał z siebie energię, świata istoty materię, czuł jednocześnie wielki ból i wielką ulgę, oddawał swoją miłość. Basia podrywała się do góry i zastygała na chwil parę, jakby duch z niej uchodził. Kiedy znowu opadli na siebie nie byli pewni czy są jeszcze ludźmi, może już aniołami, a nie zwykłymi zjadaczami kiełbasy.

 

Rzym to potęga. Potęga ! Wykrzyknąłem, kiedy ujrzałem Plac świętego Piotra. Co porabiają Łowcy, przemknęło mi po głowie i poczułem coś w rodzaju współczucia. Rzym był przeuroczy i przeogromny. Czułem potęgę tego miasta. To coś miałem w sobie. Jak to się mogło stać, tyle myśli na raz, wrażeń i obrazów. A oni tam gnili w barze Tesco z widokiem na stacje benzynowe. Straszne i zmarnowane mieli życie. Ale co tam, jednym słowem nie można opisać czyjegoś życia, jego barw i cieni, więc odleciałem i chciałem się nacieszyć pobytem w Rzymie. Odlot był długi i daleki. Może za sprawą winiarni, którą spotkałem po drodze, a jak na samotnego wilka przystało, musiałem tam spróbować dobrego włoskiego wina. Ceny nie szalały, a więc i ja zacząłem od najtańszego wina. Winiarka widząc, że turysta z Polski, poznała po urodzie podobnej do Karola Wojtyły, oświadczyła uroczystym głosem, że nie da mi całować się z najgorszym winem i w cenie najtańszego dała mi bardzo dobre i mocne wino. Po butelce zrobiłem się wesoły i filuternie spoglądałem na winiarkę. Młodą jeszcze czterdziestoletnią kobietę. Odwzajemniała nie tylko spojrzeniem, ale i erotycznym balansowaniem ciała. Przyniosła drugą butelkę i szepneła mi na ucho, że na koszt lokalu. Chwyciłem ją podniecony za łydkę czy udo i przywarłem całą twarzą do jej krągłych piersi. Objęła moją głowę i delikatnie odciągnęła, pocałowa i wcisnęła rękę głębiej. Zaraz zamknę winiarnię, wtedy, uśmiechnęła się. I już było pozamiatane. Nie panowałem już nad nim. Rozrywał spodnie. Od ostatnich zajść nad Wigrami minęło już trochę czasu. Normalnie brakowało mi tylko wąsów do normalności, taka pijacka sentencja przyszła mi do głowy.  Co się działo później, to już każdy sam musi sobie wyobrazić, bowiem mi nie wypada tak ze szczegółami opowiadać o swoich podbojach seksualnych, wybaczcie, ale jestem trochę staroświecki i choć może nie konserwatywny, jednak chciałbym zachować pewne rzeczy tylko dla siebie, więc nie będę pisał o rozkoszy bycia w tej pani, no proszę, dajcie spokój. O dziwo to nie zapłaciłem za wino, ale ona, bo rano znalazłem w kieszeni spodni całe 200 euro. O nic nie pytając szybko się ubrałem i zszedłem na dół, przywitała mnie serdecznym uśmiechem i pomachała dłonią, odwzajemniłem serdeczne uczucie i wyszedłem z winiarni. Zalało mnie słońce. Dawno już nie widziałem tyle blasku i światła. Samo światło już było piękne. Mając trochę gotówki przy sobie, zaszedłem na małą kawę i zacząłem się zastanawiać ile czasu mogę spędzić w Rzymie. Razem z moimi oszczędnościami miałem 300 euro. Ale przy tutejszych cenach to niewiele. W internecie dowiedziałem się, że znajdę łóżko w hostelu za 10 euro, ale licząc zakupy spożywcze, mogłem normalnie żyć i robić zdjęcia jeszcze przez tydzień. A to niewiele. Czułem pewien ciężar w duszy, bo musiałem już teraz obmyśliwać co zrobić, żeby za siedem dni nie znaleźć się pośród bezdomnych. Wczorajsza przygoda nasunęła mi pewną myśl, ale od pomysłu do wykonania zwykle jest droga daleka. Zdobędę się na odwagę i zajrzę wieczorem jeszcze raz do winiarni. A tymczasem podziwiałem historię, architekturę i ludzi tonących w świetle. Uwieczniałem to z nadzieją, że każda taka próba ma jednak sens, bo gdyby nie miała sensu, to może i moje życie mogło nie mieć sensu. Ogrom światła szybko rozpędził jednak przygnębienie i zaproponował radość życia. Chciało się żyć ! Jednym słowem i cieszyłem się całym sobą, że mogę tu być i robić zdjęcia. Czasami człowieka niewiele spotyka dobrego, ale zdjęcia to jedno z tych dobrych rzeczy. Nie byłem człowiekiem bez właściwości, ani z targowiska próżności, o nie ! Bliżej mi było do mistyków i zachwytu bożego dziecka. Pamiętam, że mój znajomy chodził w szkole podstawowej do Oazy i oni tam mówili na siebie dzieci boże. Utkwiło mi to w pamięci. I jak bardzo pasowało do Rzymu. Do Rzymu wielkiego, a nie takiego w rodzaju Jaszczura Balzaka. Cieszyłem się, że oderwałem się od kraju, od polityki, piekiełka polskiego, od użerania się z ludźmi, niech żyją podróże! Zakrzyknąłem bezwiednie, a kilka osób w kawiarni na mnie uważnie spojrzało, po czym wróciło do swoich jestestw osobnych, bądź jestestw swoich znajomych. Polskie słowo jestestwo na oddanie słowa bycie, sposobu bycia na tym świecie. Bytowania ? Bytowanie mogło również dotyczyć bytu. A bycie w Rzymie było byciem po prostu, dawało dużo wrażeń zmysłowych, tak że głowa przebywała w chmurach oderwana od kłopotów w rodzinnym mieście. Nikt mnie tutaj nie ścigał. Łowców raczej się nie spodziewałem, chyba że pośród miliona innych turystów błąkających się za polskim turystą zażywającym uciech wiecznego miasta. I tych uciech strasznie poszukiwałem i potrzebowałem, bez nich bym się poczuł zagubiony w tym wielkim mieście. I światło, ono mną kierowało i pokazywało kierunek, pchało w objęcia pięknych, seksownych kobiet. Zdjęcia same się robiły, Rzym był miejscem jakby do tego stworzonym, niedocenianym przez Polaków, ale jak już mówiłem, chciałem zostawić Polskę, oderwać się od niej, odpocząć od zadów, borowików, łowców i kogo tam jeszcze boża opatrzność sprowadziła na ziemię. Ziemię tamtą, o tamtejszym jestestwie, w sosie własnym, kiełbasy pachnącej mać. Mać, mać !

 

Niezależny Jarek, wysoki, z wrodzoną siłą przypominał łagodnego tura albo żubra. Łagodność jego była wyrazista jak faktura wielkich głazów, a przymioty charakteru wypisane na twarzy. Kasia miała wrażenie, że biła od Jarka jakaś silna aura, która sprawiała, że czuła się przy nim naprawdę bezpiecznie i  cudownie odprężona. Jarek nosił również okulary w modnych czarnych i pogrubianych oprawkach, fajnie to się uzupełniało z jego czarnymi włosami , w wyniku czego sprawiał wrażenie poważnego i stanowczego człowieka. Taką miał maskę wobec urbi et orbi. To dzięki Kasi możemy zajrzeć do serca Jarka i być może zobaczyć coś innego, ale nie uprzedzajmy wypadków. Dojechali do Klasztoru Kamedułów i momentalnie owładnęła ich atmosfera eremu. Stanęli na starych zakonnych murach i  wzbili się w powietrze. Na chwilę, ale jednak. A potem… cóż, lizali się pod murami. Tarzali się, turlali po trawie, miło bardzo spędzali czas. O jak fajnie im było ze sobą. A potem on wstał i powiedział, żeby mu obciągnęła. Wyszła w końcu z niego samcza natura, którą tak perfekcyjnie ukrywał. Kasia oniemiała i jak zamurowana patrzyła przez dłuższą chwilę z zadartą głową na Jarka. A Jarek wpatrywał się z pożądaniem w Kasię. Oboje puścili soki, Kasia najczystsze łzy, Jarek mniej czyste wydzieliny. Przypadł do niej i namiętnie obcałowywał szyję. Ręką pracował u podstaw. Ale nie na trawie ! Krzyknęła donośnie Kaśka i znowu w szloch. A ja myślałam, że jesteś inny, a ty jesteś taki sam jak inni, zdegenerowany erotoman, pornograf. Nie dotykaj mnie ! Jarek zabrał dłoń z jej piersi. Wracam sama do domu. Słyszałeś ?!  Nie jedź za mną ! Otrzepała się z resztek trawy i podniosła rower. Zamaszyście wsiadła i pognała w dół zamczyska. Chciał za nią popędzić, ale wiedział, że kobieta musi ochłonąć i że to wymaga czasu, kiedy to wróci do niej w innej postaci, kiedy się podnieci i już sama będzie chciała wziąć do ust. Nie wiedział tylko jednego czy ten czas zależy od konkretnej osoby czy może jest to czas uniwersalny, który dla każdego bije tak samo. Na wszelki wypadek odczekał kolejne dziesięć minut i dopiero wtedy ruszył w dół zamczyska. Zamczysko było stare i pamiętało nie jedno, ale wiele. Ale jego już nie było, popedałował do lasu, w nadziei że dogoni za jakiś czas podnieconą Kasię i że mu obciągnie bez żadnego zbędnego gadania. Lubił Kaśkę, choć bardzo krótko się znali, ale lubił ją za to, że była niezwykle seksowna, aż mu ślina leciała. Ukrywał to, ukradkiem wycierał, ale nie miał pewności czy tego nie zauważyła. Obawiał się siary w Arce, przyjdzie na koncert, a kilka złośliwych małp będzie popuszczać ślinę. Kobiety miały przewagę niezaprzeczalną, mogły opowiadać nawet ze szczegółami jak to robią, a facet nic nie może powiedzieć, bo jak coś powie więcej, że na przykład za mocno wpychała mu język, to potem nawet cześć nikt mu nie powie, może dopiero przy wódeczce, jak postawi w knajpie w wiaderku z lodem, lody pękną i na powrót wróci do towarzystwa. Trochę się więc zestresował i chciał odreagować, a tu masz, doświadczona dziewczyna zrobiła scenę. Pomacał się po kieszeni, wyjął portfel, miał dwie stówki w jednym papierku. Trochę drogo, ale co tam. Ludzie kasę kochają, nie znał wyjątków. Może tutaj w eremach było inaczej, ale eremy stały od wieków puste. Nie znał kogoś kompetentnego w tych sprawach. Uczył się na błędach, ale tym razem może będzie miał szczęście i da się wszystko zrobić dobrze bez obciachu. Bo obciach to najgorsza rzecz na ziemi, gorsza nawet od dżumy i cholery. I szybciej, mocniej pedałował. Wiatr śmigał, włosy rozwiewał, a Jarek gnał przez pachnący las. Fiołkami się odurzał. Kiedy ją na horyzoncie dostrzegł, całą koszulkę miał mokrą, a włosy tylko na czubku głowy suche. Z czoła lał się pot, nawet tyłek przykleił się do siodełka. Kasia ruszała się jak mucha w smole. Ledwo pedałowała, cała była mokra, jak żaba po deszczu. Pot lśnił na jej jędrnej skórze. Uda lśniły. Jędrne uda. Piękna szyja. Cudne piersi. Resztę można zgadywać. Już nie potrafił się opanować i coś twardego mu sterczało przez cienkie letnie spodenki. Kasia słyszała nadjeżdżącego, więc zatrzymała się, zsiadła i obróciła się w jego stronę i wzrokiem na szczęście nie omiotła niżej, tylko wpatrywała mi się w oczy. Wielkolud nie spuścił oczu, po czym zsiadł z roweru i podszedł do niej, w dłoni miał dwieście złotych, wsadził jej banknot między piersi, wziął jej rękę i naprowadził na sterczącego penisa, który dorównywał wielkością posturze Jarka. Ponownie przywarli do siebie ustami i Jarek wszedł w Kasię, stosunek trwał krótko i był głośny. Po kilku powtórkach odwodnili się bardzo znacznie. Na szczęście ktoś leśną drogą nadjeżdżał i miał butelkę wody do odsprzedania. Uzupełniwszy płyny weszli w las i jeszcze parę razy oddali się miłości, która tym razem trwała dłużej i wprawiła ich w dobry humor. Poziom szczęścia wyraźnie wzrósł i para w pełnej zgodzie pojechała do miasta. A potem, już sam w domu, wrócił do pisania reportażu.

 

 

Rzeczy zmysłowe

 

„ My z konieczności zaczynamy od rzeczy zmysłowych, a postępowanie od tego , co jest bezpośrednio nam znane, od przedmiotów zmysłów, do ich ostatecznych zasad wymaga znacznego wysiłku rozumowej abstrakcji“.

 

Frederick Copleston „ Historia Filozofii / Metafizyka Arystotelesa“.

 

 

Borowik lubił dobrze zjeść. Siedział właśnie w arabskiej restauracji i zamówił najdroższe danie za kilkaset złotych, cały wielki zdobiony talerz wypełniony arabskimi szaszłykami. Od dziecka uwielbiał szaszłyki. Koło czterdziestki, kiedy przestał grać w piłkę halową, oprócz dużych pieniędzy, przybyła mu opona, całkiem pokaźna i wyglądem zaczął przypominać gruszkę. Wcześniej narrator określił Adama podobieństwo do borowika, piszący podmiot o tym pamięta, proszę się nie martwić takim szczególikiem. Czytał „ Światopogląd powieści „ Eilego i ma takie rzeczy w małym palcu. Do restauracji wszedł dobrze ubrany jegomość, warszawska klasa sama w sobie, dosiadł się.

- No co tam? Mów, mów. – zasugerował Borowik.

- Wszystko się jebło.

- Jak to wszystko ?

- No mówię ci, nie dostaliśmy patentu na slajdy.

- O żesz… – Borowik zamachnął się ramieniem w powietrzu, jakby chciał przy okazji kogoś gruchnąć w szczękę.

- No kurwa tak…

- O nie ! – i znów zamachnął się ręką w powietrzu jakby chciał poprawić z drugiej strony.

- Tak kurwa …

- O nie ! kurwa ! – tym razem zamachnął się od dołu jakby w brzuch lub niżej.

- No żesz kurwa !

- O nie kurwa ! – jak młotem wywinął pięścią.

Podszedł do nich kelner i nisko się kłaniając zapytał czym może służyć. Zamówili koniaczek. Narąbali się zaraz zdrowo i chwiejnym krokiem wyszli na chłodną warszawską noc. Szli przed siebie, bo dobrze im się szło. Szerokie chodniki, wielkomiejski szum, alkohol wprawił ich w dobry nastrój. Zanucili Kalinkę i wędrowali przez wielkomiejski pasaż aż do Placu Konstytucji.

Tam dopiero na placu MDM wzięli się za ręce i pocałowali długo i serdecznie. Pod tęczą zrobili sobie selfi, całą serię uroczych selfi. Oparli się na Placu Zbawiciela o rurki, do których była przyczepiona tęcza. Owa słynna tęcza, Mekka warszawskich gejów, lesbijek i niezdecydowanych. Łaskotali się, brechali, w końcu odpuścili zabawie. Rozjechali się taksówkami do domów, a jutro mieli spotkać się rano w pracy i przeanalizować całą sytuację.

 

 

 

„ U Fryca „ było pełno gości, klienteli suwalskiego lepszego sortu. Tacy i owacy, w garniturach lub bez, ale z ambicjami, jeszcze bez żon lub mężów, albo od niedawna z obrączkami spotykali się towarzysko i wspominali „ Komin „. A co to nie był ten „ Komin „, a co tam się mówiło i piło, a jaka atmosfera, a jacy ludzie, a dziś spuchnięci i posiwiali i teraz już nie jest tak samo jak kiedyś w  „ Kominie „. I rzeczywiście nie było, lokal nie został ukryty przed dresiarzami, gangsterką i bandą Łysego. Chociaż nadal można było stwierdzić, że miejsce coś sugerowało. „ U Fryca „ mieściło się pod kościołem i to dosłownie. Od czasu, kiedy nastąpił odpływ ludzi z kościoła katolickiego i w niedzielę w południe odbywała się tylko jedna msza dla garstki ostatnich wiernych, katedra św. Aleksandra w centrum miasta stała pusta. Żeby proboszczowi starczyło na wydatki związane z niedzielną mszą, wynajął katakumby kościoła. Katedra była spora, więc i miejsca też się znalazło wystarczająco dużo. Zimą w podziemiach zwykle panował mróz, więc właściciele knajpy mieli nie mały kłopot z wymyśleniem skutecznego i wydajnego ogrzewania. Pomogło wymyślne ogrzanie ścian korkiem akustycznym. Korek zapewniał całkowitą dyskrecję i proboszcz nie musiał się gorszyć hałasem, który ewentualnie mógłby usłyszeć z kościoła. Nie było problemu, ciepłe powietrze szło z nowoczesnej kotłowni, w której rewolucyjnym paliwem okazał się wodór. Koszt kotłowni wiązał się więc głównie z zainstalowaniem maszyn. Co do reszty, wyglądu i atmosfery, trudno wypowiadać się jednoznacznie, ponieważ wystrój wnętrza był dziełem wspólnym wielu znajomych ze środowiska dawnego „ Komina „. Niewątpliwie był inny, niż sznyt hotelowych knajp. Wyraźnie nawiązywał do „ Komina „.

„ U Fryca „ siedziała również Kasia z Jarkiem. Opowiadał jej ze szczegółami o czym pisze i w jaki sposób chce ująć cały temat. Był podekscytowany, bo reportaż pisał na zlecenie Wyborczej i miał gwarancję publikacji w Dużym Formacie. Kasia, zawodowa redaktorka, czasami sugerowała mu jakąś zmianę, drobną poprawkę lub inną kolejność struktury. Obok nich siedział fotograf Wij z redakcją niebywałegomiasteczka.pl. Trochę spiskowali przeciwko portalowi info, natomiast starali się unikać tematu samego Borowika i grzyba ruszać nie chcieli. Dalej za nimi siedzieli aktorzy z Arki Kultury. Skupieni wokół mistrza Szpaka słuchali z napięciem na twarzach monologu… Bar obsiadły długonogie lesbijki, na złość mężczyznom. Stali w grupce z piwem w rękach i dyskutowali czy wojna będzie czy nie będzie. A jak będzie to kto z czym na kogo ruszy. Każdy był specjalistą i miał coś do powiedzenia. Ponoć w powszechnym mniemaniu istnieje przekonanie, że w Polsce każdy jest kierowcą, lekarzem i fotografem. Od tego roku również wojskowym. Do „ Fryca „ wpadał również Szymon mag razem z ezoterycznym malarzem i uczyli młodzież pić alkohol. Kiedyś zaglądał tu również Jerzy K., o którym całkiem sporo się tutaj mówiło zaraz po wypadkach czerwcowych. Teraz ktoś puścił plotkę, że ponoć Jerzy uciekł do Australii i tam się zadekował. Ale był ktoś inny, który w to nie wierzył, punktował, że bilet nie na kieszeń Jurka, że to nie w jego typie, że jeśli już pojechał gdzieś daleko, to raczej do Kanady i w lasach się zadekował. Sprawdza się więc powiedzenie, że pod latarnią najciemniej i Europy nikt nie brał pod uwagę. Zdzisław de Noga z kolei tak się spił razem z kolegą redaktorem z Miesięcznika Zielarskiego, że na czworakach szukali wyjścia. Chłodna noc postawiła ich na nogi i czule objęci razem wracali do domu. Ponoć bardzo się kochali.

 

 

„ Rozkwit nauk zapędził człowieka w tunele specjalistycznych dyscyplin. Im większą wiedzę człowiek zdobywał, tym bardziej tracił z oczu i całość świata, i siebie samego, toteż pogrążał się w tym, co Heidegger, uczeń Husserla, określił, w pięknej i magicznej niemal formule, < zapomnieniem o byciu> „.

 

Milan Kundera „ Sztuka powieści. Esej „

 

 

Prezydent Żygoń wiedziała, że postępuje słusznie. Miała w dłoni mocny argument. Donos o sile bomby. Dobrej jakości video. Pierwszorzędny hak. Ofiarą był marszałek województwa. Ubaw miała, oglądała na laptopie film z ukrytej kamery w klubie go go. Stare, zwiotczałe ciało. Na klatce zwisające długie sutki jak u afrykańskiej matki z tuzinem dzieci. Najzabawniejszy był stojący penis, również pomarszczony niebywale. Tancerka mimo to marszczyła dziada aż do głośnego finału. Tak, z takim filmem mam dziada na smyczy. Zrobi co zechcę, ja mu karzę, a on to zrobi. Moje będzie województwo. Mój Białystok. Moje zasady. Jestem Panią, co ma władzę i powszechne zasady, którymi wszyscy się kierują. Przysiadła przy komputerze i zaczęła pisać list. Zasady miasta Suwałk. 1. Jeden jest tylko prezydent i to on tworzy układy. 2. Tylko układy prezydenckie są ważne. 3. Rodzina i znajomi muszą mieć najpierw zgodę prezydenta, by wejść do układu. 4. Wszyscy za jednego, jeden za wszystkich. 5. Spośród wszystkich cnót współbraci i sióstr cnota najważniejsza to interesowność. 6. Interesowność podstawą istnienia układu. 7. Pozór wszystkiego. 8. Układ ponad wszystko. 9. A kto zdradzi, ten zginie.

Wysłała zasady do sekretarza. Wyłączyła komputer i upiła łyk wody mineralnej. Włączyła telewizor, pogapiła się na wiadomości. Zadzwonił sekretarz. Tak, roześlił proszę. Oczywiście, już się robi. Poszła do kuchni, wyjęła z lodówki łososia, wycisnęła trochę soku z cytryny i grubo posmarowała czarnym kawiorem. wróciła do salonu i zaczęła oglądać film Wajdy. To była rola życia Zbyszka Cybulskiego, „ Popiół i diament „ to piękny film. I pomyśleć, że niedługo później naprawdę zginął. Barbarze przypomniał się blog tajnego krytyka odnośnie losu aktorów. Rzeczywiście zastanawiające są te zbiegi okoliczności i ten dziwny kontekst… Napisy końcowe filmu i  nierówne światło padało z telewizora na śpiącą twarz prezydent.

Obudziłem się w łóżku winiarki. Wokół pełno bibelotów. Wstałem z ociąganiem z ciepłej pościeli, podszedłem do wielkiego okna i kiedy podciągnąłem żaluzje, jasna sprawa, zalało mnie piękne południowe słońce. Aż chciało się wyciągać aparat. Ale zmęczony wróciłem do łóżka i ciężko oklapłem. Potrzebowałem kawy, ale każdy ruch powodował ból mięśni. Na takie chwile miałem wypróbowany sposób. Poszukałem wzrokiem zestawu muzycznego, duża wieża stała w rogu salonu, dobre kilka metrów od wielkiego łóżka. Miała świetny, wielki wyświetlacz jak w tablecie. Włączył wi-fi i odszukał aplikację OpenFM, nacisnął Italo Disco, popłynęła energiczna i radosna muzyka, świetna na początek włoskiego dnia. Momentalnie nabrał witalnych sił i tanecznym krokiem poszedł do kuchni, która łączyła się z salonem. Centralne miejsce zajmowała kawiarniana maszyna do parzenia kawy, zajrzał pod maskę, dosypał trochę ziaren, pomieszał je z różnych słoików i zaparzył czekoladową kawę, ale bez domieszki mleka, bo choć trawił laktozę, nie znosił jej smrodu. Posłodził kawę, dodał trochę płynnego miodu i usiadł w wygodnym fotelu. Kawę postawił przy stoliku, włączył telewizję i ustawił tvn 24, który był we włoskiej kablówce. Poczuł się daleki i wolny. Wyłączył tv, dopił kawę, szybko się ubrał i o dziewiątej był na dole baru. Miał w głowie projekt fotograficzny. Carla obiecała mu wystawę w galerii dawnego kochanka. Kiedy wyszedłem na piękny Rzym, zrozumiałem, że tutaj jest moje miejsce. Centrum świata sztuki, miasto kochanek, starożytność, średniowiecze i modernizm w jednym miejscu. Jednego dnia mogłeś być kilkoma osobami jednocześnie, a właśnie… Jerzy uśmiechnął się na myśl o Łowcach. Wyjdzie im na dobre wycieczka do bella Romy, dodał pod nosem. Może nauczą się pić kawę i trochę zmądrzeją, bo ich pościg to jedno wielkie dno, muł i wodorosty. Jurek podejrzewał, że jego zachwyt jest podziwem człowieka, który jest w Rzymie po raz pierwszy i być może za rok albo dwa przestanie zauważać urok tego miasta. Był jednak gotowy na ten los i czuł siłę do zmierzenia się z tym wyzwaniem. Może nie był Supermanem, ale mimo to odnajdywał w sobie odwagę i męstwo potrzebne do stawienia czoła niepewnej przyszłości. Kiedy szedł Piazza Navona podśpiewywał Carmina Burana. Czuł się rześki jak ptak, który po dalekiej podróży w końcu przybył do celu, by założyć swoje gniazdo. No może gniazdko, bo po co ten cały patos. W Romie patos nie był potrzebny, te mury starożytne, ci ludzie – potomkowie starożytnych uosabiali patetyczną patynę. Chciałem w głowie przetworzyć te wszystkie szczegóły, detale, ale nie byłem w stanie, przerastała mnie wielokrotnie ta potrzeba. Zawołałem chwilo ! trwaj. I jakbym wyraził całego siebie. Poczułem w sobie duszę odkrywcy, badacza.

 

 

Golem powoli dochodził do siebie. W głowie czuł pustkę. Kręciło mu się wszystko wkoło… duża biała sala, jakaś aparatura na całej ścianie, duże łóżko na którym leżał, zasłony w oknach, dywan na podłodze. Spojrzał na swoje ręce i nogi. Grubawe, kanciaste, dłonie jak wielkie bochny, stopy wyglądały na czterdzieści siedem, może czterdzieści osiem, a ile ja mam wzrostu? Zapytał sam siebie i powoli ruszył się, coś zabolało, gdzieś ukłuło, zwlókł się z łóżka, stanął, wyprostował się, poodczepiał trochę kabli i ruszył w kierunku dużej, nowoczesnej  umywalki z wielkim lustrem. Podniósł powoli głowę i zmierzył się wzrokiem i tak na oko… wyglądało że był raczej średniego wzrostu i mógł wyglądać trochę niezbyt przystojnie z tymi wielkimi dłońmi i stopami. Głowa też chyba była zbyt duża w porównaniu do dość krótkich nóg i torsu. Choć bary miał w porządku, para w rękach powinna być. Krasnolud przeleciało mu przez głowę ! Złapał się za głowę i zaraz tego pożałował. Ogromny ból ścisnął mu czaszkę na moment. Delikatnie pomacał się po gęstych włosach, grubym, mięsistym nosie, przejechał dłonią po zaroście, wydatnym podbródku, krótkiej, grubej szyi. Oczy trochę wybałuszone, niebieskie, włosy rude, zarost o dziwo ciemniejszy. Włosy były stanowczo za długie, zachodziły aż na szyję i zakrywały uszy, które wyglądały na całkiem ładne. Chociaż uszy były ok, pomyślał. Zaraz, zaraz… próbował przywołać ostatnie wspomnienia. Ale nic, kompletna pustka. A właściwie to gdzie ja jestem? Wyszeptał do siebie i podreptał do okna. A tam za szybą pagórki, lasy, w oddali ruchliwa droga z mknącymi tirami. I znowu nic nie pamiętał. Dziwnie się poczuł, nie wiedział gdzie jest, co się z nim działo zanim się obudził. I to ciało, którego nie pamiętał. Usiadł na łóżku i próbował cokolwiek przypomnieć sobie z przeszłości. Zaczął od nazwiska, z tym nie miał problemu, był Polakiem, Andrzejem Irskim. Pracował w Statoilu. Miał pozwolenie na broń. Skończył czterdzieści lat i miał kiedyś żonę i dziecko, ale… nie pamiętał, nie wiedział, nie mógł sobie przypomnieć co było dalej. Czuł, że po rozwodzie stracił kontakt z rodziną. Rodziców w ogóle nie pamiętał, tylko starą babcię. Jego całe dorosłe życie to chyba stacja benzynowa, nocne zmiany, odkładał na coś pieniądze, tak, chodził zawsze do tego samego wpłatomatu, nie mógł sobie przypomnieć co chciał kupić. Może samochód ? Nie pamiętał, żeby miał tak duże ręce i stopy. Głowa też była za duża i za okrągła. Znowu zaczęła go boleć, położył się na łóżku, poczuł senność, naciągnął cienką kołdrę i stracił świadomość.

 

Do pokoju Irskiego weszło kilka osób, szybko ponownie przyłączyli do ciała golema różne cewki, czujniki. Rozpoczęli obserwację rozległej aparatury. Szef zespołu nazywał się Johny, był odpowiedzialny za cały projekt, nadzorował lekarzy naukowców i personel, jako jedyny miał stopień wojskowy pułkownika. Powodzenie projektu gwarantowało Johnemu wysoki awans i różne gratyfikacje pieniężne, z którymi musiał się podzielić z zespołem, w grę wchodziły duże pieniądze, więc miał już opracowany system wynagrodzeń w zależności od znaczenia i wkładu pracy. Ministerstwo obrony i oddzielny tajny fundusz na badania naukowe przewidywały, że szef projektu w przypadku udanego eksperymentu otrzyma dwa miliony euro. Johny był więc od dziś bogatym człowiekiem. Po sprawdzeniu parametrów z radością w głosie zaprosił wszystkich na szampana do restauracji mieszczącej się w kompleksie Parku Naukowego. Powoli rozpierała go radość, z każdym sprawdzonym parametrem, z każdą minutą był coraz bliżej fortuny. Tak duży sukces naukowy czynił go kandydatem do nagrody Nobla ! Już krzyczał w myślach. Kiedy pośród uśmiechów i krzyków radości wychodzili z laboratorium, zajrzał jeszcze do swojego gabinetu i wykonał kilka telefonów.

 

 

Szymon mag wpadł na iście szatański pomysł. Zainspirowała go pewna nowa książka. Wynotował sobie niektóre fragmenty:

 

 

„ Aby zrozumieć świat, z którego przybyli Platon i Arystoteles, a więc świat, w którym dziś żyjemy, musimy sięgnąć do misteriów religijnych odgrywających ogromną rolę w starożytnych kulturach basenu Morza Śródziemnego na tysiąc lat przed Platonem, Arystotelesem i innymi filozofami, którzy nadali kierunek współczesnej myśli. Platon jako osoba wtajemniczona uczestniczył w co najmniej jednym rodzaju tych misteriów, a to, czego się dowiedział, znalazło swoje odzwierciedlenie w jego pracach.

 

Toczą się liczne spory na temat tego, w jakim stopniu starożytne misteria religijne wpływały na Jezusa i pierwszych chrześcijan. W misteriach tych występują obrzęd chrztu, bóstwo ( lub bogini ), które umiera i powraca do życia, dzięki czemu odkupuje świat. Misteria, podobnie jak chrześcijaństwo, kładły duży nacisk na inicjację, na przemianę ich członków jako istot całkowicie ziemskich w dzieci ziemi i nieba gwiaździstego.

 

W przeszłości tego rodzaju obrzędy istniały wszędzie, nie tylko w Grecji. Stanowiły cezurę w procesie dochodzenia do pełni człowieczeństwa. Najczęściej organizowano je w wieku, gdy młodzi mężczyźni lub kobiety osiągali dojrzałość fizyczną, lub później, kiedy kandydat uzyskiwał kwalifikacje względnie umiejętności, które od tego czasu miały odgrywać ważną rolę w jego życiu. Wszystkie miały jeden główny cel: przywrócenie nam duchowych wspomnień o tym, kim i czym jesteśmy, skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy.

Osoba uczestnicząca w misteriach umierała jako istota ziemska i odradzała się na nowo jako byt duchowy. Nie w przenośni, alegorycznie, ale naprawdę. Główna idea przyświecająca misteriom stanowiła odzwierciedlenie tego, że jako ludzie posiadamy podwójne dziedzictwo: ziemskie i niebiańskie. Poznanie tylko ziemskiego dziedzictwa oznaczało poznanie tylko połowy siebie. Misteria inicjacyjne pozwalały odzyskać ludziom bezpośrednią wiedzę na temat tego, co moglibyśmy nazwać ich niebiańskim rodowodem. W pewnym sensie w osobie wtajemniczonej nie zachodziły żadne drastyczne zmiany, przypominano jej raczej w bardzo przejmujący i bezpośredni sposób, kim i czym była przed przyjściem na ziemię, skąd tak naprawdę się wywodziła.

 

Za najbardziej znane obrzędy tego rodzaju uznaje się misteria eleuzyjskie zawdzięczające swoją nazwę greckiemu miastu Eleusis. Wiązały się one z kultem Persefony, a wcześniej z kultem Inany/Isztar czczonej przez Sumerejczyków, lud żyjący kilka tysięcy lat przed Grekami. Inana/Isztar była Panią Nieba. Oba te mity wiązały się z zejściem bogini do krainy umarłych.   Chociaż misteria częściowo bazowały na tych starożytnych mitach, miały inne zakończenie. Może się to wydawać niewiarygodne, ale mimo że odbywały się one przez ponad tysiąc lat, nadal nie wiemy dokładnie, jak wyglądały.

 

Nowo wtajemniczona osoba postrzegała przedmiot-symbol jako coś więcej niż zwykłą rzecz, jakich wiele na ziemi – jako prawdziwe, żywe okno prowadzące do innego świata. Wpatrując się w symbol w stanie niecierpliwego wyczekiwania, nowo wtajemniczony postrzegał go jako olśniewające potwierdzenie własnej inicjacji do życia wiecznego. W chwili śmierci wcale nie umieramy.

Uczestników misteriów porównywano do nowo narodzonych dzieci, dlatego często nazywano ich ponownie narodzonymi. Widzieli bardziej realną rzeczywistość niż rzeczywistość ziemska, co dawało im pewność, że życie ludzkie trwa różnież po śmierci. Ta pewność była tak niewzruszona, że od tej pory, niezależnie od zmiennych kolei losu, wtajemniczeni po prostu nigdy tak naprawdę nie odczuwali smutku. Nie mogli, bo dzięki bezpośredniemu doświadczeniu odzyskiwali wiedzę o tym, kim jesteśmy, skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy. Od chwili inicjacji mieli jakby podwójne obywatelstwo: jedną nogą znajdowali się nadal na ziemi, lecz drugą wkraczali już we wspaniały, inny, jasny świat.

 

Wierzę, że niebo czyni nas ludźmi, dlatego jeżeli brak nam wiedzy o tym, skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy – czyli o naszej prawdziwej ojczyźnie – życie nie ma sensu „.

 

 

 

Mapa nieba,

Ptolemy Tompkins, Znak, Kraków 2014

 

Za ogromnym biurkiem siedział stary hipis, Pies na niego mówili. Posiadał rzecz jasna normalne nazwisko, ale zupełnie nikt go nie używał. No chyba, że ludzie przypadkowi. W całej Polsce wszyscy wiedzieli kim jest Pies. Oprócz różnych papierzysk na biurku w świetle promieni słonecznych padających z wielkich, nowoczesny ch okien, wygrzewały się egzotyczne figurki i niezwykły przycisk do papieru. A był nim grecki pies wylegujący się na uliczce którejś z greckich wysepek. Zmierzył się wzrokiem z Szymonem magiem, który siedział na przeciwko w dużym i wygodnym fotelu.

- Czego się napijesz magu?

- Czegoś szlachetnego – odpowiedział spokojny i wyglądający na zrelaksowanego .

Pies wrócił za biurko i wpatrywał się w trunek w szklaneczce. Lód szybko topniał. Propozycja Szymka wydała mu się nieco zbyt kontrowersyjna. Mag o tym dobrze wiedział i próbował przedrzeć się przez mgły nieufności, które pokrywały czoło Psa. Dyrektor pocił się, przetarł dłonią czoło. Znowu zmierzył się wzrokiem z magiem. Zapanowała długa cisza, napięta, przerywana stukaniem lodu o brzegi szklaneczek. Psa niepokoiło nazwisko Rudolfa Steinera. Platonem czy Arystotelesem można dowolnie żonglować, niewielu tak naprawdę zna tych filozofów, a jeśli ktoś kiedyś rzeczywiście czytał na studiach, dziś nic nie pamięta. Ale Steiner? Dzisiaj każdy łatwo może sprawdzić w wikipedii co to za jeden i choć nigdy nie sięgnie do żadnej jego książki, będzie darł gębę, że w miejskiej placówce kulturalnej promuje się okultyzm. Pies dokończył drinka, potarł imponującą brodę i już miał powiedzieć coś magowi, kiedy ten był pierwszy.

- Wiem o czym myślisz, Pies. Nie mieszkamy w dużym mieście, tylko w miasteczku zamieszkałym przez prostych czy właściwiej rzecz ujmując, prymitywnych ludzi. I to ta grupa ludzi nadaje ton i wywiera realny wpływ na władze miasta. Dobrze wiemy, że jest ich więcej, niż nawet się nam wydaje. Jest ryzyko, że nie uda się tego doprowadzić do finału, a przy okazji można jeszcze sobie nabić guza. Ale zapominasz kim jestem i nie zakładasz na serio, że jestem jasnowidzem. – Pies lekko się uśmiechnął i jakby pokiwał głową. Mag mówił dalej.

- Gwiazdy mi mówią, że uda się to zrobić. Nasi wrogowie są zbyt słabi, nie działają z pobudek wiary, a jedynie tradycji. Kościoły świecą pustkami. Nie będzie spisku przeciwko mnie, ani przeciwko tobie.

- A prezydentowa? Ona też nie będzie miała nic przeciwko?

- Prezydentową już ktoś się zajął.

Tak? A kto? – Pies miał w oczach ciekawość.

- Andrzej Irski.

- A kto to jest Andrzej Irski? – Pochylił się do przodu dyrektor Soku.

- Andrzej Irski, to… golem.

 

 

Jarek z Kasią wybrali się na kolejną rowerową wycieczkę. Wyglądali na parę i tak też kilkoro znajomych ich oceniło, kiedy przejeżdżali przez miasto w kierunku jednego z okolicznych jezior. Rozłożyli się na trawie w pięknych okolicznościach przyrody, w jeziorze cudnie odbijało się niebo. I wtedy Jarek rzekł owo sakramentalne słowo: czy mogę w dupala?  I stało się jasne, że jednak nie są parą, Kasia wrzasnęła oburzona i potykając się o kamienie, dopadła roweru i pognała przed siebie. Jarek czuł wygraną, czuł ! Nie zawracał sobie głowy nowym kocem i czymkolwiek jeszcze co na nim zostało, podniósł rower z ziemi, nieco zdrętwiały dosiadł go i szybko popedałował za Kasią. Miał zamiar ją wyprzedzić i rzucić się pod koła, czołgać się na kolanach i błagać o przebaczenie z mocno wybrzuszonymi spodenkami. Kasia musiałaby to zauważyć. Nie tak łatwo było jednak wyprzedzić Kasię na równej, prostej drodze, a jednak powoli ją dochodził, powoli skradał się od tyłu, coraz bliżej i bliżej. Czuła już jego oddech na plecach, był już blisko, ona dyszała szybko, coraz szybciej. I Jarek już ciężko dyszał, już ustami dotykał jej szyi. Dobił do niej, złapał za udo, jechali sztywno, wtem oboje stracili równowagę i padli z rowerami na zielone pobocze. Pieścił jej pośladki, zdarł jej bluzkę i spódniczkę, penis z impetem wynurzył się ze spodenek. Obrócił ją i powoli wchodził w lśniącą od potu pupę. Dyszała wciąż i jęczała. Długo jęczała, spuścił się na nią całą lśniącą od potu.

 

Restauracja mieściła się w trzygwiazdkowym hotelu, w którym dało się wyraźnie czuć szał. Cała obsługa została zaproszona na niezłą popijawę. W metalowych wiaderkach pełnych lodu mroziła się wódeczka. W czterech większych wiaderkach mroził się szampan. Kelnerki, recepcjonistki, cały personel opanowało podniecenie. Gdzieś za ścianą, za dużą szybą zrobili człowieka, Golema ! Tu obok nich złożyli człowieka ! Naukowcy wykrzykiwali radośnie, że nie człowieka, Golema ! Uśmiechnięte twarze od ucha do ucha, ale prostowali obsługę hotelu, Golema zrobiliśmy proszę państwa, Golema ! Młode dziewczyny z obsługi hotelu już szykowały się na melanż. Wszyscy już chcieli uderzyć w puchara, ale cierpliwie albo i nie czekali na szefa. W końcu ktoś zauważył, jak Johny wyszedł z laboratorium i w asyście sekretarek szybko zmierzał do restauracji.

 

Golem ponownie się przebudził, podniósł z łóżka, ziewnął szeroko, przeciągnął i popatrzył w kierunku lustra. No niech to, ale łeb mam stanowczo za duży, jak jakiś sagan, a niech to. Poprawił włosy i wtedy złapał się za jądra. Mogłyby być większe, pomyślał, za to penis, no no, niczego sobie. Naciągnął szlafrok, który ściągnął z fotela i podreptał, trochę jednak niepewnie, do WC. Mocz oddawał długo, sikał i sikał, jakby wcześniej wypił wiadro wody. No jak tak długo będę sikał spermą, to będą jaja, zaśmiał się w duchu. Wrócił już nieco pewniej do pokoju i rozejrzał się za normalnym ubraniem. W szafie wisiał garnitur, jak się okazało szyty na miarę. Buty również dobrze dopasowane. No ! Rzucił ostanie spojrzenie do lustra, poprawił krawat i ruszył na miasto. A przynajmniej tak mu się wydawało. Na dole w recepcji przywitano go okrzykami radości, machano rękami na powitanie, odwzajemniał liczne uśmiechy i zgodnie ze wskazówkami udał się do restauracji.

 

Feta jeszcze się nie zaczęła, bowiem wciąż czekano, tym razem na Prezydent Żygoniową. Zajechała z piskiem opon. Z samochodu wysypali się zastępcy i przewodniczący Rady Miejskiej. Asystenci i rzecznik prasowy zaraz też zajechali, ale już spokojniej, bez tego sznytu. Szef projektu Johny wybiegł na przeciw i złapał dłoń Żygoń. Wszyscy weszli do restauracji, kelnerki podrzucały baloniki, Dj już grał, kieliszki w dłoniach, Johny i prezydenci zamaszyście wyjęli z wiaderek szampana, korki huknęły, polały się trunki do kieliszków. Na sali była cała ekipa z laboratorium, ludzie z hotelu, a pośrodku Johny z piękną prezydent Żygoń przypijali do siebie. Ktoś podał mikrofon. Johny drgającym z podniecenia głosem wzniósł toast za Golema ! Podał mikrofon prezydentowej, podziękowała za ciężką pracę, pochwaliła sukces, obiecała złote góry i też wzniosła toast za powodzenie projektu i być może wdrożenie masowej produkcji Golemów. Kończyli spijać francuskiego szampana i wtedy do sali wszedł powoli Golem. Zrobiła się cisza, wszystkich zamurowało. Golem zatrzymał się i przemówił.

- Witam Państwa, nazywam się Andrzej Irski. Z jakiej okazji ta feta?

- Eeeee – wymamrotała Żygoń. Mikrofon przejął Johny.

- Za pana zdrowie ! – i zaczął bić oklaski, a za nim cała sala. Wrzawa się zrobiła. Mężczyźni podbiegli do Andrzeja i zaczęli go podrzucać do góry. Hulał do góry jak pan młody, zaczepiał rękoma o sufit, innym razem butami, aż szef hotelu podskoczył z wrażenia. Dopiero teraz widać było, że ciało Golema jest niezwykle sprężyste, za tym garniturem musiały się kryć niezgorsze muskuły i mięśnie. Irski nawet nie krzyknął, z twarzą twardą jak kamień znosił zabawę. Basia Żygoń patrzyła z półuśmieszkiem jak bawi się elita miasta. Nie miała zbyt dobrego zdania o naukowcach, nie ceniła ich, bo nie posiedli w wystarczającym stopniu umiejętności życia. Myślała o prawdziwych naukowcach, którzy zajmowali się prawdziwą nauką, bo owszem humaniści potrafili się zachować, często bardzo mocno rozwinięci towarzysko tak potrafili rozśmieszać, aż zawory puszczały. Ale ci prawdziwi, to w ogóle do niczego, jak dzieci, żałosne. Obserwowała Golema i wydał się jej całkiem, całkiem. Miał coś w sobie dystyngowanego, właściwie prezentował się jak lew salonowy. Nawet trochę podobny do Christopha Waltza. Fiu, fiu, ciekawy człowiek. Johny zaprowadził go do Barbary.

- Pani prezydent, przedstawiam pani Andrzeja Irskiego.

- Miło mi – wyciągnęła rączkę, którą Irski ujął szarmanckim gestem i długo przytrzymał w swojej wielkiej dłoni. Basię przeszył dreszcz.

- Jestem zaszczycony – niski głos Irskiego dodatkowo zrobił wrażenie.

Zadzwoniła komórka Johnego. Zostawiam państwa samych, powiedział i skierował się ku wyjściu. Prezydent poczuła, że kolana ma jak z waty. Dawno już się tak nie czuła. Irski zaproponował kawę i dał znak ręką, żeby oboje podeszli do stołu z parującą już kawą o pięknym, mocnym zapachu. Dj puścił szlagier zespołu Weekend i nagle poczuła się w nastroju do zabawy.

- Słodzi pani? – Irski zniewalał samym głosem.

- Dwie łyżeczki poproszę. – głos prezydent nieco przepalony i przepity też był obniżony o jakąś oktawę. Wpatrywała się w jego dłonie, choć wielkie, miały jakąś własną cudną proporcję. Palce nie tylko były solidne, męskie, ale również długie i razem z kciukiem i śródręczem tworzyły piękną harmonię.

- Proszę – Irski podał prezydent filiżankę ze spodeczkiem. – Niech pani powie czy kawa dobra? – Barbara upiła łyczek.

- Wyśmienita. – posłała zniewalający uśmiech. Irski również upił łyk.

- Bardzo dobra. Czy ma pani wolny dzisiejszy wieczór?

- No niestety nie. Mąż wrócił z zagranicy, prowadzi tam oddział swojej firmy.

- Jakiej, jeśli można spytać?

- MetalExport, sejfy, metalowe boxy, szafki.

- Takie, jakie są w szkołach i na basenach?

- Również, ale te są na polski rynek. Na Zachodzie cenią jego sejfy.

- Trudno się do nich włamać? – oboje się zaśmiali. Barbara uśmiechnięta od ucha do ucha, już chciała coś dodać, ale „ Christoph „ ją uprzedził.

- Nie musi pani opowiadać ze szczegółami, jeszcze może skorzystam? – zrobił filuterny uśmiech i ponownie się roześmiali.

Na chwilkę zamilkli. Twarz Barbary zdradzała, że nurtuje ją jakaś myśl, Irski to zauważył i podchwycił.

- Chce mnie pani o coś zapytać? – uważnie na nią spojrzał.

- Tak. Naukowcy nazwali pana projekt golemem, to znaczy, że pan, jeśli się uda, będzie pan golemem, a…

- Aa ?

- A z tego co mi wiadomo, z literatury, to golem nie umiał mówić, był raczej tworem nieudanym, tylko trochę przypominał człowieka. No a pan…

- Hm, to ciekawe co pani mówi.

- Jak dla mnie pan wygląda na człowieka, stuprocentowanego mężczyznę.

- Nigdy o sobie nie myślałem, odkąd obudziłem się tutaj niedaleko na łóżku, że mogę być kimś innym, niż człowiekiem. I mogę panią zapewnić, że nie jestem żadnym Golemem, ani Androidem. Mam własny mózg, nie czyjeś wspomnienia. Ciało nie jest moje, ręce, nogi, twarz, narządy wewnętrzne, ale czy to tak istotne dla pani?

- Nie, skądże ! – Szybko i głośno odparła prezydent.

- Cieszę się – uraczył ją szerokim i ładnym uśmiechem. Barbarę ponownie przeszły ciarki. – Wieczorem nie mogę, ale jutro bardzo chętnie. – odwzajemniła czarujący uśmiech.

- Jesteśmy umówieni ? – „Christoph“ wyszczerzył równe, ładne i dość białe zęby.

- Co pan powie na kolację w restauracji na punkcie widokowym ?

- Nie wiem gdzie to jest, ale już mi się podoba. Jak to wysoko?

- Dwunaste piętro. Może być o dwudziestej ?

- Jak najbardziej. – zrobił palcem wskazującym i kciukiem znak cool.

- Jak pan się czuje w nowym ciele? – na twarzy prezydent pojawiło się wyraźne zaciekawienie.

- Sam jeszcze dobrze nie wiem, poużywam, będę wiedział. – intonacją i figlarnym uśmiechem wywołał rozbawienie u Barbary, do tego stopnia, że aż gorąco jej się zrobiło.

- Pani prezydent. – chwycił ją za dłoń i przyciągnął do ust, pocałował. – Bardzo miło było panią poznać… i do jutra. – posłał uwodzicielski uśmiech. Barbara pierwszy raz od dawna szczerze się uśmiechnęła.

Golem podszedł do Johnego, coś mu wyszeptał do ucha, po czym obaj wyszli z restauracji i udali się do laboratorium. Poczuł się zmęczony i w dodatku przypomniało mu się, że w dawnym ciele brał leki na nadciśnienie. Johny na to, że muszą to lepiej zbadać i że Andrzej powinien jeszcze się położyć na trochę do łóżka, przynajmniej dzisiaj. Wiesz, szepnął mu do ucha, potem będziesz mógł sobie ulżyć.

 

Szymek Mag pożyczył dla Psa książkę znanego polskiego gnostyka Jerzego Prokopiuka pod zagadkowym tytułem „ Matrix“. W zaciszu gabinetu ośrodka kultury na najwyższym piętrze, Pies oddał się lekturze, a tam przeczytał między innymi:

 

„Od razu trzeba tu wyjaśnić, że gnostycyzm i wiara misteryjna to dwa różne zjawiska. Albowiem podczas gdy w gnostycyzmie przez „zbawienie“ ( pojęcie centralne dla nich obu ) rozumie się przywrócenie człowiekowi jego zapomnianej boskości, to wiara misteryjna oznacza wiarę w odrodzenie i ubóstwienie człowieka, w dokonującą się dzięki misterium substancjalną jego przemianę, która dopiero użycza mu natury boskiej. Mimo tej różnicy, hermetyzm misteryjny przekształcił się w gnostycyzm. Na misteryjne elementy hermetyzmu składają się: wspomniane dążenie do deifikacji człowieka i koncepcja jego odrodzenia, misteryjny ogląd bóstwa ( epoptia), ekstaza jako sposób zjednoczenia z bóstwem, oczyszczenie ( katharsis ) i asceza, wyobrażenia związane z chrztem i ucztą sakramentalną, mistagogia ( przewodnictwo duchowe ), symbole oraz ofiara i dyscyplina zachowania arkanów ( tajemnic )“.

 

Jerzy Prokopiuk, Matrix, Białystok, 2008.

Pies podrapał się po głowie. Sam był ciekaw tych misteriów, ale jak Szymon to wyjaśni księdzu kanclerzowi, nie miał pojęcia, przecież on wejdzie na ich teren, kto ma sakramenty, ten ma władzę, a kto ma władzę, ten ma kasę. Biskup na pewno będzie bronił komunii świętej, bez dwóch zdań. Kurde… co robić? Może ubrać to w teatralne fatałaszki? Chyba mało kto wie, jak wyglądały historyczne misteria, więc gdyby tak temu przedstawieniu teatralnemu dać jakiś prosty tytuł, na przykład „Starożytne misteria według Goga i Magoga“… Może przejdzie.

 

Gabinet biskupa Małodobrego mieścił się w wielkim barokowym pałacu. Przepych i piękno pałacowych sal, królewskie rzeźbienia, złocenia, marmurowe posadzki, bursztynowe szafki i stoliczki, zabytkowe krzesła pokryte aksamitem, kryształowe żyrandole, lustra od podłogi do sufitu. Biskup lubił powagę wynikającą z bogactwa. Może dlatego otaczał się również liczną świtą. Do swojej dyspozycji miał zawsze pięciu asystentów, zwykle młodych jeszcze księży i co najważniejsze, brał tylko przystojnych. W ciągu swojej wieloletniej posługi niektórzy zdołali się zestarzeć, więc otrzymywali probostwo tam gdzie chcieli, co było nie lada przywilejem. Zwykle jednak nie ma nic za darmo. I tak też wyglądała sprawa asystentów. Nie chcemy sugerować majtek z naszywką Roma czytaną wspak, ale coś jednak za uszami biskup miał, skoro w między czasie namnożyło się tyle plotek o romansach Małodobrego. Ponoć brał ich w aucie. Jak można przeczytać w fascynującej spowiedzi księdza Romana Jonasza w książce dostępnej w sieci, na przykład w serwisie chomikuj, a noszącej tytuł ” Byłem księdzem „, w seminariach zachowania homoseksualne są tolerowane przez przełożonych. Może nie zgadzać się, że brał ich w aucie, ale to że ich brał, raczej było faktem.

Ale jak ludzie mówią, nie tylko asystenci mogli się obawiać zajścia od tyłu. Bo i sekretarz biskupi i rzecznik prasowy również byli narażeni. Mówiło się nawet, że niepewnie mogły się również czuć młode zakonnice pracujące w kuchni i kaplicy w pałacu biskupim. Często bowiem tak się dzieje, a znamy to z przykładów życia miasta, że seks to seks i jeśli ktoś wkłada penisa do jednej dziurki, będzie zaraz chciał włożyć penisa do drugiej dziurki. Wprawdzie asystenci oprócz tego, że dawali, brali również do buzi, ale gwałcenie przez usta to jednak nie to samo, co  przez dwie dziurki obok siebie. Dziurka stanowczo lepiej pasuje rozmiarami do penisa, nawet największego i najgrubszego.  Ludzie zwykle mają średni rozmiar i choć biskup był homoseksualistą, podniecenie odczuwał również na widok wygolonych cipek. Z racji celibatu, młode zakonnice nie goliły swoich muszelek, jego ekscelencja więc sam to robił, depilował, a dopiero potem przystępował do dzieła bożego. Zdarzało się, jak mówią ludzie, że z tych spotkań urodziło się niejedno boże dziecię. Najstarszy chłopiec z takiego związku miał już piętnaście lat i jako nastolatek również jak tatuś był jurny i łasy na seksapil koleżanek ze szkoły. Piotruś chcąc poszerzyć swoje sieci, zapisał się do miejskiego ośrodka kultury i w grupie teatralnej podrywał seksowne nastolatki. Niedługo miał skończyć piętnaście lat i cieszył się na legalny seks. Główny animator kultury zaprosił go do udziału w przedstawieniu teatralnym o starożytnych misteriach. Z racji częstych kontaktów z ojcem duchowym, bliskie mu były religijne tematy. To co zobaczył na pierwszej próbie, przerosło jego młodzieńcze oczekiwania. Tak wyuzdanego seksu na filmie jeszcze nie widział. Grupę prowadził starszy pan, który prosił, by zwracać się do niego panie magu. Pokazał nam teatralną rekonstrukcję starożytnych misteriów nagraną we Włoszech. Coś niesamowitego, młode dziewczęta wiły się w erotycznych spazmach, chłopcy próbowali gwałcić drzewa. Któryś z chłopaków przytargał ze sklepu dwa kilo wołowiny, przepiłował na pół nożem, położył na stole i gwałcił mięso. Młode dziewczęta wiły się coraz szybciej i mocniej, chłopcy podrygiwali szybko i mechanicznie, aż w końcu ktoś krzyknął, potem za nim inni. W końcu wszyscy popadali na ziemię i głęboko oddychając widać było, że są zrelaksowani i sobie teraz w spokoju odpoczywają. Jego nowe koleżanki i koledzy wprost oniemieli ze wzruszenia, dziewczęta dostały gęsiej skórki, chłopcy zaczęli kryć się za innymi, by się z czegoś nie zdradzić. Pan Mag klasnął w dłonie, po czym znowu kilka razy i przemówił głębokim basem.

- Młodzieży, to co widzieliśmy na filmie, to próba rekonstrukcji misteriów dionizyjskich, które poprzez swoją cielesność, odkrycie seksualnej natury człowieka, miały prowadzić młodego człowieka do samopoznania, a wreszcie ku przekroczeniu siebie, otwarcia się na boskie siły, które istnieją w każdym człowieku. Otóż człowiek to istota seksualna i dzięki orgazmowi może ujrzeć boskość w drugim człowieku, z którym jest zespolony w orgazmie. Czy wierzycie w boski pierwiastek w człowieku? – zwrócił się do całej grupy.

- Czy my też będziemy mieć orgazm ? – zapytał się Jaś, młody, drobny chłopak o płowych włosach.

- Dobre pytanie… jak masz na imię?

- Jaś ! – krzyknęła ładna blondyneczka.

- Dobre pytanie Jasiu. Pewnie wszyscy jesteście ciekawi odpowiedzi. Otóż celem kulminacyjnym misteriów jest orgazm. – Na dużej scenie zapanowała cisza. Chłopakom i dziewczętom nawet się nie śniło, że wspólnie, razem ktoś dorosły będzie mówił im o seksie i jeszcze uczył orgazmu. Ponownie oniemieli.

- Jedno wyjaśnienie. – podniósł głos. – Zdaję sobie sprawę, że nie jesteście pełnoletni, więc nie ma mowy o prawdziwym seksie i orgazmie. Jesteśmy w teatrze i będziemy odgrywać różne sceny. Grać. Chociaż… – zrobił zakłopotaną minę i uważnie przyjrzał się młodym ludziom. – Chociaż, żeby dobrze coś grać, trzeba tego samemu choć trochę spróbować, choć liznąć.

- To znaczy ? Ktoś zapytał zaciekawiony.

- To znaczy, co powiedziałem. – mrugnął okiem. – Zaczekajcie chwilkę, muszę wyjść. – I wyszedł, poszedł do łazienki. Dobrze wiedział, co robi. Młodzież będzie dyskutować o jego słowach, ci którzy będą najgłośniej krzyczeć, boją się najbardziej nowych doświadczeń. Milczący chłopcy nie próżnowali, spoglądali na koleżanki i szukali wybranek do prywatnych doświadczeń. Wydawało się, że kilka młodych dam było w stanie pomóc co najmniej kilku kolegom. Mag stanął za kurtyną i bacznie obserwował, kto milczy i szuka wzrokiem partnera. To ci właśnie młodzi ludzie najlepiej się nadawali. Debatowało głośno kilkoro dziewcząt i dwóch chłopców, prawdopodobnie z konserwatywnych domów. Grzecznie im podziękuje, a potem da do zrozumienia, że nie zamierza nikogo do niczego nakłaniać, poszukuje bowiem ochotników do przedstawienia.

 

Piotruś wspomniał ojcu, podczas sobotniego spotkania na lodach, na które od wielu lat przychodził do biskupiego pałacu, że bierze udział w próbach do przedstawienia teatralnego.

- A cóż to za przedstawienie?

- Misteria starożytne według Goga i Magoga.

- Czy ja dobrze słyszę ? – biskup wybałuszył oczy i usta i wbił swój wzrok w twarzyczkę Piotrusia.

- Dobrze papa słyszy. Pan Mag tłumaczył nam co mamy robić na scenie i…

- I co macie robić na scenie ?! – przerwał brutalnie dostojnik kościoła.

- Mamy udawać, to znaczy grać, że odczuwamy orgazm. – Piotruś niepewnie spojrzał na ojczulka.

- No nie ! – ryknął jej ekscelencja.

- No tak – odważnie zaprzeczył Piotruś.

- No nie !!! – jeszcze głośniej ryknął biskup. – Już ja porozmawiam z tym magiem. – Słowo mag wypowiedział z wielkim lekceważeniem i wydęciem grubych warg. – Już ja z nim pogadam. – Biskup Małodobry miał już swoje lata, które w połączeniu z nieprzyzwoitą tuszą, mogły doprowadzić nawet do ataku serca, bądź wylewu, stąd zwabiona okrzykami służka pańska, objęła starszego pana za ramiona i uspokajającym głosem posadziła go na krześle, ciągle głaszcząc po karku, a miejscami za uszami. Niech się biskup uspokoi, proszę biskupa, już dobrze, zrobię jego ekscelencji masaż pleców. I jakoś Małodobry doszedł do siebie, ale mówiąc tak między nami, to nie dzięki służącej zakonnicy, ale tabletkom od ciśnienia, które codziennie połykał, tak zwane beta-blokery, bez nich stać się mógł już sztywny, w najlepszym razie leżeć na Oiomie. Piotrusiowi odechciało się lodów. Pożegnał się z papą i szybko wybiegł z pałacu. Piotra gnała chuć. Do dziewczęcej pupy, młodej, różowej cipki. Ola obiecała mu pomóc. Powiedziała, że z nią na pewno dowie się co to orgazm. Koniecznie musiał do niej zaraz zadzwonić. Biegł alejami parku, do domu, w którym zostawił komórkę. Kiedy już wbiegł do pokoju i dopadł smartfona, jego podniecenie jeszcze wzrosło, ręce drżały, nie potrafił wystukać właściwych cyfr. Kiedy się dodzwonił, usłyszał, żeby przyszedł za godzinę. Oszczędźmy czytelnikowi opisów przygotowań, chłopak po prostu czuł, że czeka go coś wielkiego, a nie mógł wiedzieć, że czeka go banalne porządne rżnięcie. I aż tyle.

Łowcy byli pogrążeni w głębokiej zadumie. Spoglądali na wielki monitor, na którym uśmiechnięty Jerzy K. pluska nogami w fontannie, a w rękach trzyma otwartą książkę. Śmierdziel czytał książkę i pluskał nogami w zabytkowej rzymskiej fontannie. Amatorskie nagranie video otrzymali od funkcjonariusza ABW, który akurat był na urlopie, ale nie potrafił oddzielić pracy od życia prywatnego. Uwagę agenciaka zwróciło to, że facet czytał polską książkę mocząc się w fontannie. Zaczął analizować i odrzucać kolejne wytłumaczenia, pomijając przy tym wyjątki. Dorośli Polacy książek z reguły nie czytają, kto więc na urlopie by to robił ? Ludzie normalni po polsku albo by pluskali się z żoną i dziećmi albo z dziewczyną. Ale sami z książką ? To nienormalne. Człowiek z ABW zauważył, że facet z książką w ręku, nie jest ubrany jak typowy turysta zwiedzający Rzym, ani jak kolarz, który na chwilę zatrzymał się przy fontannie, by odpocząć. Facet wyglądał na kogoś, kto mieszka w Rzymie. Nie miał rozbieganych oczu, spoglądał co jakiś czas na ludzi wokół w sposób taki, jak robią to zwyczajni mieszkańcy wielkich miast. Zachowywał się spokojnie i jakby z rutyną, pogrążony w książce, która musiała go bardzo interesować. Nie miał przy sobie zbyt  wielu rzeczy, agentowi ABW zapaliła się więc w głowie czerwona lampka. Facio pracuje we Włoszech ? I w czasie wolnym czyta książkę ? To też wydało się agentowi podejrzane. W ogóle czytanie książek z definicji było podejrzane. Miał przy sobie amatorską małą kamerę, jak to u typowego turysty i zrobił kilkuminutowe nagranie. W pracy nie takie rzeczy nagrywał. Niejeden pornol wyszedł z tej kamerki. I taką oto drogą video trafiło do Łowców. Oni nie mieli wątpliwości. Szarski aż mlasnął z poirytowania. Doktor Szarski nie znosił, kiedy ktoś wyraźnie był mądrzejszy od niego. A tymczasem ten śmierdziel dobrze bawił się w wielkim mieście Rzymie, a on i jego ludzie śmiertelnie nudzili się w mieście wyróżniającym się tylko na mapie pogody. Zazdrość uderzyła Szarskiemu do głowy, poczerwieniał straszliwie, policjantka która również była w samochodzie, zrobiła wielkie oczy. Ale film dowodził niezbicie, że muszą szybko wyruszyć do Rzymu. Póki myszka jeszcze tam jest, a kocury są szybkie i mogą dorwać śmierdziela. Co do szybkości można było mieć pewne wątpliwości, ale o sukcesie często decyduje dobra forma psychiczna i tej nie można było odmówić Łowcom. Byli silni, zwarci i gotowi do boju, jak rasowe tygrysy. Wydawało się, że złapanie Jerzego stało się formalnością, jak pójście do urzędu po papierek i pieczątkę. Nie mogli wiedzieć w jak wielki błąd wdepnęli i jak mocno to się na nich zemści.

 

Jerzy czytał sobie dziennik Michała Hellera „ Podróże z filozofią w tle„ i doznawał przy tym intelektualnej rozkoszy, która to w połączeniu z otaczającym go pięknem wiecznego miasta, przyprawiała Jerzego o ekstazę. Ekstazo trwaj ! Chciałby zawołać, ale zadowolił się machaniem nóg w orzeźwiającej wodzie pięknej fontanny. Słowa o odwiecznej ludzkiej potrzebie religii i sztuki wydały mu się głęboko prawdziwe. Tylko gdzieś na marginesach tego dziennika czuł kwaśny niesmak. Żeby nie było zbyt słodko ? Nawet jeśli była taka potrzeba u księdza, nie podobały mu się stwierdzenia typu: „ Nie wiem dlaczego, ale wyobrażałem sobie, że tak muszą wyglądać małe knajpki w Pireusie. I chciało się śpiewać Acropolis adieu „.

Wyjął słuchawki i włączył muzykę Enigmy. Poczuł, że jakaś cudowność spłynęła na jego osobę. Rozważał w skupieniu słowa filozofa i uczonego, ale nie księdza Hellera. Myślał o pierwszym wersie z Janowej Ewangelii i pierwszym wersie Owidiusza „Metamorfoz“ : „ Na początku było SŁOWO „. A co było drugie? Zamyślił się. W pierwszej biblijnej Księdze Rodzaju kiedyś wyczytał, że: „ W tych i późniejszych czasach, gdy synowie Boży współżyli z córkami ludzkimi, a one im rodziły, na ziemi żyli olbrzymi. Byli to siłacze, którzy w tych dawnych czasach cieszyli się sławą“.  „ Synowie Boży“, to być może anioły, a być może, jak uważają różni ludzie, kosmici, którzy mieli przybyć aż z dalekiego Syriusza. Z tekstu wynika, że „synowie Boży” nie mogli być zwykłymi ludźmi. Nauka potwierdza odkryte groby ludzi o wzroście dziesięciu metrów i więcej, sam widział w sieci szkielety tych olbrzymów na wielu różnych zdjęciach zrobionych w różnych miejscach na Ziemi. Czy więc ze związku normalnych ludzi, choćby „ synami Bożymi „ byli sami starożytni władcy, to czy z tych związków mogli rodzić się Giganci? Ciekawe pytanie, ale nieco oderwane od rzeczywistości.

 

Słońce powoli zachodziło. Na starożytnych murach pozostawały przepiękne odcienie pomarańczowego teraz słońca. Wyciągnął z plecaka lustrzankę. Zrobił jedno zdjęcie, potem kilka następnych. Nie mógł się oderwać od fotografowania tego uroczego światła, tych tajemniczych i wielkich, starych budowli. Czuł, że wpada w rodzaj transu i władnie nim powoli amok. Miał na to sposób. Nie po raz pierwszy stał się niewolnikiem obsesyjnej estetyki. Wyłączył czym szybciej muzykę, schował aparat do plecaka i padł krzyżem na placu. Nikt mu nie przeszkadzał tak sobie leżeć na brzuchu z rękami wyciągniętymi prostopadle do prostego tułowia. Jedną ręką trzymał za pasek mały plecak fotograficzny. Ludzie szybciej lub wolniej przechodzili obok albo wręcz ostentacyjnie omijali w pogardzie mając religijne demonstracje. Figura krzyża jednoznaczne wywoływała skojarzenia i mimo to nie była żadną demonstracją religijną i niczyich uczuć religijnych nie obrażała. Jurek w ten właśnie sposób uwalniał się od działania złego ducha, odmawiając w takim położeniu ciała dziesiątek różańca. Na palcu lewej dłoni miał miniaturowy różaniec w postaci srebrnej obrączki z dziesięcioma wypustkami. Minęło dziesięć minut, odmówił jeszcze Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo, potem Anioł Pański. Kiedy wstał, miał wrażenie, że został uwolniony od złego ducha. Pokrzepiony działaniem Chrystusa, wstąpił do pobliskiej piccerii i zamówił drogi placek. Stać go, winiarka dobrze płaciła i jak na razie jeszcze się nie znudziła nowym kochankiem. Była dobrą, wierzącą kobietą. Miała swoje słabości i być może dlatego nie potrafiła żyć w jednym, stałym związku. Ale mogło być również tak, że sama była zdradzana przez swoich byłych mężów i w końcu powiedziała „ BASTA“ ! Po tłuściutkiej pizzy, pełen marzeń o karierze artysty fotografa, Jerzy ruszył w kierunku wielkiej księgarni z albumami fotograficznymi. Był przekonany, że ucząc się od lepszych i docenionych, również sam dozna kiedyś takiego zaszczytu i będzie miał własny album w tej ogromnej księgarni. Miał już za sobą lekturę „ Małej historii fotografii“. Ale jak każdy prawdziwy fotograf wolał mieć konkrety w ręku, czyli wspaniałe zdjęcia. Natknął się już na początku na niesamowite albumy Helmuta Newtona i Petera Lindsbergha. Zwłaszcza zdjęcia Newtona robiły na nim wrażenie. Oryginalne inscenizacje. Kontrasty nieziemskie. Kosmiczne modelki. W dużym formacie zdjęcia tych mistrzów prezentowały się jeszcze lepiej, niż na ekranie laptopa. Na razie nie mógł sobie pozwolić na duży wydatek za zakup fotograficznego monitora za kilka tysięcy, pracował nad zdjęciami nadal na zwykłym laptopie. Wtajemniczeni raczej wiedzą, że istnieją dość niedrogie kalibratory kolorów, które potrafią skutecznie pomóc w prawidłowym wyświetlaniu kolorów na monitorach czy nawet telewizorach. Ma to spore znaczenie, kiedy zdjęcia są drukowane na  papierze, do katalogu czy albumu, by zdjęcia wyzute przez maszyny drukarskie, nadal miały idealne kolory. Jest to wiedza zawodowców, fotografów zarabiających na zdjęciach. A do takich pretendował Jerzy. Włoski Mediolan był obok Paryża główną europejską stolicą mody. Miał pewną nadzieję, że polski kolorowy magazyn opublikuje zdjęcia modowe z Mediolanu. Co do Rzymu miał inne plany. Miał pomysł, że do najbardziej intrygujących zdjęć, które zrobi, napisze ciekawą historyjkę. Raz będzie to historia Romy, innym razem reportaż ze współczesnej aglomeracji, raz pełnej szyku i klasy, innym razem pełnej wykluczonych. Miał już ten plan w głowie, a internet, ponoć wynalazek CIA, był najwspanialszym urządzeniem na ziemi. Kiedy już wychodził z księgarni, na jednym ze stolików uwagę jego zwróciła nowa powieść Chucka Palahniuka „Snuff“ i choć czytał po angielsku, w pierwszej chwili nie zrozumiał tytułu. Kupił wersję angielską i wyszedł z książką w ręku. Miał ochotę na zdjęcia sakralne. Bywa, że człowiek potrzebuje religii i sztuki bardziej, niż się to zwykłym ludziom wydaje.

 

 

Katarzyna właśnie skończyła tłumaczyć czeski kryminał i aż odsapnęła. Ścierpł jej trochę tyłek, poszła więc do kuchni coś zjeść, a właściwie przegryźć. Od dłuższego czasu chodził za nią pomysł napisania własnej książki z gatunku literatury szpiegowskiej. Odkąd sięgała pamięcią, miała naturę kameleona, dobrze się czuła w roli podwójnego agenta. Jeszcze w liceum, kiedy została wybrana na przewodniczącą klasy, lawirowała pomiędzy koleżankami i kolegami, a wychowawczynią i dyrektorem szkoły, często sama do końca nie wiedząc czyje właściwie interesy reprezentuje. Na studiach pogubiła się całkowicie, grała na kilka frontów, kłamstwa piętrzyła na kłamstwach. W pierwszym szczytowym roku utrzymywała bliskie relacje aż z trzema chłopakami, miała jednak na tyle rozwiniętą osobowość, że nigdy nie miała kłopotów z zazdrosnym kochankiem. Wybierała zawsze bezbłędnie takich, którzy nie będą później stwarzać kłopotów. Mimo to starała się zachowywać pozory, kłamała jak z automatycznego pilota, zawsze bezbłędnie. Raz tylko miała wpadkę, a winna była oczywiście rutyna. Rozniosła się właśnie wtedy plotka w akademiku, że jest puszczalską. Od tego czasu przebierała jak w ulęgałkach, chętnych nie brakowało, zdarzały się nawet stu procentowe prawiczki. W tym czasie odłożyła na bok pozory, bo i tak każdy wiedział, że nie jest jedyny. W szczytowym momencie powodzenia prowadziła intymne pożycie z ośmioma chłopakami równocześnie, choć nie w tym samym dniu. Sytuacja wymarzona dla faceta, ale nie dla dziewczyny, kiedy bowiem Kasia uznała, że ma już dosyć seksu i chce mieć tylko tego jednego wybranego, ze wszystkimi zerwała. Niestety nie była pięknością, choć seksowna. I choć do seksu miała wzięcie, ze znalezieniem miłości miała kłopoty. Przemyślała więc swoje położenie i doszła do wniosku, że najlepiej wychodziła na podwójnej grze. I z takim przeświadczeniem trafiła do pierwszej pracy. Zgadzała się tylko na te stosunki, które mogły jej pomóc w karierze i dzięki temu trzymała chuje na smyczy. Kiedy minęła pierwsza młodość, na koncie miała już niezłe doświadczenie życiowe. I teraz chyba był ten odpowiedni moment, by zacząć coś robić na własne konto. Dziecko mogło jeszcze poczekać, uważała, ale Jarek był spoko i nie miałaby nic przeciwko takiemu tatusiowi jej dziecka.  Miała już prawie wszystko przemyślane, wyrazistego bohatera, intrygę, miejsce, temat. Na chwilę włączyła telewizor, popatrzyła na te żałosne teleturnieje, różne pożal się boże show, ociekające krwią amerykańskie filmy sensacyjne i tylko utwierdziła się, że powinna zacząć pisać i że tylko jeśli stoczy się do poziomu telewizji, wówczas przerwie pisanie, bo nie miałoby ono wówczas żadnego sensu. Zrobiła sobie orzeźwiający drink, wodę z dużą ilością miodu i soku z cytryny, mocno wymieszane i schłodzone. I zaczęła pisać, najpierw tytuł: „ Kobieta z klasą „.

 

 

Kobieta z klasą

 

„ Monika nie była Damą Kameliową, ale prawdziwą polską kobietą z krwi i kości. O subtelnej twarzy, pięknej, wysmukłej i białej łabędziej szyi. Nosiła się z klasą i wyglądała szykownie o każdej porze dnia i nocy. Jej koleżanki marzyły o współczesnym wojowniku w dużej i szpanerskiej gablocie, ale ona nie, przenigdy! O wiele bardziej ceniła zalety umysłu, dar wymowy, niebanalną inteligencję, oczytanie i bystrość umysłu, humor, dowcip i klasę. Zadbane garnitury, dobrze dobrane krawaty, ładne koszule. O… jaki dreszcz ją przeszywał, kiedy muskała dłonią piękną koszulę na atletycznym ciele prawdziwego mężczyzny. Prawdziwy mężczyzna był deficytowym towarem, to dlatego gdzie nie spojrzała, tam widziała stare panny. Kobiety jej pokroju nie chciały, mając to za szczyt własnego honoru, zadowalać się niedorobionymi, wybrakowanymi bądź nie daj bóg zniewieściałymi bądź wymuskanymi chłopcami. Ona mężczyzny pragnęła ! Prawdziwego mężczyzny“ .

 

W tym momencie Kasia przerwała pisanie i trochę się rozmarzyła, dała się porwać własnym słowom. Znała te pułapki, jednak choć na chwilę chciała zostać sama z tymi marzeniami bohaterki, polskiej Emmy Bovary. Och, gdyby tak zjechał do ośrodka jakiś męski aktor, drugi, trzeci, został i zechciał z nią być… Wiedziała, że ma mnóstwo zalet charakteru, ale urodę musiała poprawić, przede wszystkim wagę. A jak trudno dorosłemu człowiekowi zbić zbędne kilogramy, wie tylko ktoś, kto sam je ma na karku bądź brzuchu czy też tyłku. Kobieta ze zbyt dużym tyłkiem nie jest zbyt dobrą partią, tak jak kobieta ze zbyt małym biustem i choć nie muszę tego tłumaczyć dorosłym, młodzieży trzeba takie rzeczy mówić. Kasia, jako zaradna życiowo kobieta, znalazła i na to sposób. Pomyślała i już wiedziała co ma robić.

 

Jarek ledwo już ciągnął ten maraton, wyraźnie schudł na twarzy i z w miarę okrągłego na buzi, zrobił się w miarę pociągły. Zawsze tak, ilekroć długo i porządnie się zmęczył. W drugiej kolejności tłuszcz ściekał z jego brzucha, choć nie miał przesadnie dużego i tylko parę kilo nadwagi. Kasia nie dawała za wygraną, mocniej, mocniej (!) krzyczała, a pot aż perlił się na jej brzuchu, któremu daleko jeszcze było do płaskiego. Wal mnie ! Krzyczała po wtóre i ósme, sama przy tym nieźle się gimnastykując. Po jakimś czasie doszło do Jarka w czym rzecz. Piąty czy szósty raz w ciągu dnia przestawał być seksi, jasne więc było, że chciała zaoszczędzić na siłowni i był już tego pewny po szóstym wytrysku i rżnięciu w ciągu dalszym. Nie obetrzesz sobie cipy?! W końcu podniósł głos. Cicho bądź Jarek, wiem co robię. I moc nadal była z nimi. Sąsiedzi z dołu jednak w końcu mieli dość,  ile można tego słuchać, godzinę, dwie, ale cztery? To już prawdziwa przesada. Najpierw sąsiad z dołu zaczął stukać w sufit jakimś kijem, potem się okazało, że miotłą, z którą stanął przy drzwiach mieszkania Jarka i Kasi. Młodzi zajęci sobą nawet nie myśleli, żeby oglądać dziada. Kiedy jednak skończyli siódmy raz i dziad tym razem zaczął walić kijem w drzwi, Jarek założył na ledwo żywego penisa majtki, ledwo go czuł, kiedy naciągał majtki. Narzucił t-shirt i przez drzwi krzyknął, że nie otwierają świadkom Jehowym ! Dziad odkrzyknął, że on mu da Jehowych !!! Skurwy !!! przyłoży i obije kijem. Jarek wyjrzał przez wizjer, rzeczywiście dziadek trzymał w ręku i potrząsał wielką czerwoną miotłą. A niech to, zaklął Jarek. Tego nam było trzeba. Chce pan dołączyć ?! Odkrzyknął z uśmiechem na twarzy. Humor jest dobrym wyjściem z takich sytuacji i gdyby dziadek był młodszy, być może, że skorzystałby z okazji, bo nie co dzień trafiają się takie miłe propozycje, przecież. No ale dziadek był na tyle stary, że krew go zalała, a nie co innego uderzyło do głowy, poprzeklinał, wulgarnie krzyczał i obrażał i po kilku minutach, nie słysząc reakcji, poczłapał na dół do swojej jamy. Dzień Kasia uznała jednak za udany, a jutro, kotku, co będziemy robili? Jarek powiedział, że go boli, wzięła więc do ust, żeby jakoś zregenerować członek na jutro. Czekało go wiele pracy. Dwa tygodnie? Próbował zgadywać. Może, a co powiesz na cały miesiąc? Nic nie powiedział, padł na łóżko jak nieżywy.

U Fryca zabawa trwała na okrągło. Prawie codziennie ktoś na czworakach szukał wyjścia z podziemi katedry. Fryc wydawał się normalnym, zdrowym facetem. Na pewno uchodził za takiego i wszystko trwało by tak samo dalej, gdyby nie pewien szczegół, na który uwagę zwrócił pewien bywalec, który robiąc badania krwi i moczu następnego dnia po wizycie u Fryca, odkrył w swoich wynikach dziwne anomalie. Skończył chemię na politechnice i wiedział pewne rzeczy. Zaraz zlecił kolejne badania, a w domu rozpoczął robić swoje testy. W garażu urządził sobie domowe podręczne laboratorium, żeby mógł niektóre doświadczenia kontynuować w domu po pracy. Kiedy upewnił się co do wyników testów, oniemiał. Miał w moczu małe ilości arszeniku. Skojarzenie z knajpą przyszło od razu. Jeśli… ten barman dosypuje coś do piwa… to mamy do czynienia z seryjnym mordercą. Wiedział, że musi coś zrobić. Bo jeśli ten facet dosypuje ludziom arszenik, to co wtedy? Jeśli go nie powstrzyma, będzie taki sam jak on ? A jeśli to przypadek ? Może Fryc miał po prostu w rękach trutkę na szczury i nie umył dokładnie rąk ? Z tymi pytaniami poszedł spać i rezultat był tego taki, że zasnął dopiero nad ranem.