Książki, które są wam znane, ale których pewnie nie czytaliście.
Jeden z najbardziej aktywnych krytyków literackich. Jarek Czechowicz.
"Szczeniaki" to bardzo ogniste, południowoamerykańskie opowiadanie, cenionego noblisty Llosy. Poznajemy grupkę młodych chłopców z podstawówki z dużego miasta, prawdopodobnie stolicy Peru, Limy. Narrator nie podaje nazwy miasta, padają za to często nazwy ulic, placów, knajp. Wszystko się kręci wokół Kutasika Cuellara, syna zamożnych rodziców. Zjednuje sobie kolegów dość wariackimi wyczynami i tak rozwija się fabuła wokół Kutasika, który swoje przezwisko zawdzięczał ugryzieniu przez psa w wiadome miejsce, w okresie kiedy on i koledzy szkolni byli jeszcze dziećmi. Akcja posuwa się aż do lat młodzieńczych. Kumple poznają swoje pierwsze dziewczyny, jedynie Kutasik wciąż sam chodzi po knajpach. Kumple zaczynają coś podejrzewać, choć nie mówią tego wprost, porozumiewają się między sobą aluzjami, zaś Kutasika nawet nie próbują o te sprawy zagadywać. Czyli, że są w porządku, jak by to można powiedzieć żargonowo. Akcja rozwija się szybko do przodu, lata lecą, a Kutasik wciąż sam. Teraz już wszyscy wiedzą, jeździ po mieście dużym samochodem z młodymi chłopcami. Na tym można by zakończyć streszczanie fabuły. Urzekło mnie w tej literaturze piękno języka, bohaterowie są wobec siebie więcej niż porządni, oni się bardzo lubią, jedynie Kutasik w miarę upływu lat zaczyna mieć pewne kłopoty, staje się nerwowy i kłótliwy. Nie odtrącają go, ale mu współczują, nawet nie chcą żadnych wyjaśnień od niego. Narrator jest bardzo dyskretny. Raz tylko pada słowo "pedał", kiedy już wszyscy w mieście mogą zobaczyć go w samochodzie pełnym młodszych chłpaców. Mój opis "Szczeniaków" być może przypomina trochę wypracowanie szkolne na temat lektury, bo rzeczywiście to pozycja, która mogłaby się stać lekturą szkolną w homofobicznej Polsce.
I powyższe uwagi powinien pisać również uczeń podstawówki, gimnazjum czy liceum.
Warto też zauważyć, że język narracji jest bardzo nowoczesny. Jeśli dla kogoś język "Wojny polsko-ruskiej" Doroty Masłowskiej był odkrywczy, to znaczy, że miał na bakier z literaturą światową. Llosa w ogóle nie używa mylśników, nie wydziela z tekstu dialogów, ani nie wprowadza słów zapowiadających czyjeś słowa, typu: powiedział, wykrzyknał, itp. Zdania opisujące sytuację zawierają również dialogi. Narrator pisze na przykład, że piątka przyjaciół spotkała się w knajpie: usiedli przy wolnym stoliku, zawołali kelnera, coś taki smutny Kutasiku, daj mi spokój Lolo, wypili z dwadzieścia butelek piwa. Słowa bohaterów wplatane są w opis sytuacji, opis zdarzenia jakiegoś konkretnego czy opis wartkiej akcji. Data wydania "Szczeniaków" to rok 67, zaś "Wojny polsko-ruskiej" to rok 2002. O tyle czasu byliśmy zacofani. Ale nie chciałem tego od razu przyjąć do wiadomości.
Chciałem się czegoś chwycić, żeby ratować próżną polską dumę. Zajrzałem do "Pamiętnika z powstania warszawskiego" Mirona Białoszewskiego, pomny że poeta napisał tę relację z powstania językiem potocznym. Jakieeeeeż było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem tradycyjny zapis dialogów i w ogóle tradycyjny, właściwie dzisiaj już staroświecki, zapis narracji. Tak sobie pomyślałem, ile to do dzisiaj produkuje się książek nie tylko z tradycyjnym zapisem narracji, ale również ze staroświeckim, tzw. literackim słownictwem. To tak, jakbyśmy dalej produkowali polonezy i stare modele fiatów i Daewoo, trzymając się zasady, że co dobre i sprawdzone, jest najlepsze. A przecież tak nie jest…
Bohaterowie: Kutasik Cuellar, Lolo, Choto, Manuco, Chingolo, Chabuca, China, Fina, Terasita, Cachito.
"Szczeniaki" Mario V. Llosa
Znak, 2011, Kraków.
Czy nie zastanawiało was nigdy ilu w Polsce mieszka Sienkiewiczów, a ilu Gombrowiczów? klejnocki – 20 klimko-dobrzaniecki -0 czy to aby nie pseudonim? tak jak shuty Illg – 19 lem – 35 Krasnowolski – 13 bratny – 4 rywin – 2 fredro – 9 prus – 6800 konwicki – 114 hłasko – 94 konopnicka – 252 reymont – 48 słonimski – 22 tuwim – 1 lechoń – 1 tetmajer – 10 kasprowicz – 4000 przybyszewski – 2400 makuszyński – 12 nałkowska – 3 białoszewski – 155 Huelle – 10 rodziewiczówna – 0 kaden-bandrowski – 0 orzeszkowa – 0 stokfiszewski – 8 putrament – 4 gałczyński – 1000 bałucki – 107 miciński – 162 rittner – 27 dygasiński – 16 dygat – 3 irzykowski – 213 jastrun – 4 peiper – 0 ważyk – 1 wat – 0 asnyk – 0 herling-grudziński – 0 huberath – 0 pseudonim newerly – 0 rodan – 1 tkaczyszyn-dycki – 1 varga – 31 woroszylski – 2 gombrowicz – 0! tyrmand – 0 witkiewicz – 1200 miłosz – 2700 herbert – 72 dehnel – 43, niemcy -103, berlin – 13 orbitowski – 3 osoby! 2 w krakowie kofta, warszawa – 8 lipszyc – 38 dukaj – 10 stasiuk – 1887 malzahn – 20 jaruzelski – 10 osób andrzejewski – 11 tyś Czyżby młodzież nie czytała już Hłasko? Mówiąc żartobliwie.
Dzięki portalowi moikrewni.pl/mapa sprawdziłem szereg nazwisk literackich. Od razu zauważyłem, że nazwiska obecnie bardzo popularne należą do popularnych pisarzy: 11 tysięcy Sienkiewiczów, 3 tysiące Mickiewiczów, zaś tylko 31 Słowackich i ani jednego Gombrowicza. Miłoszów 2700 i 1200 Witkiewiczów, zaś ani jednego Tyrmanda i 72 Herbertów. Można sobie zażartować, że to liczne rodziny, bliskie, dalekie i te najdalsze pisarzy zrobiły im bardzo dobry pijar. Czego nie mogli zrobić nieliczni Gombrowicze czy Słowaccy. Ale to raczej jest tylko żart analogia, niż poważne wnioski. Warto jednak moim zdaniem przyjrzeć się pozostałym analogiom, jakie nazwisko i jak to jest z popularnością? Takim jakby wyjątkiem analogicznym
jest Lem, którego książki są nadal popularne, zaś samych Lemów jest ledwie 35.
stuhr – 7
norwid – 1
grydzewski – 1
Konopnickiej nazwisko bardziej popularne od Tuwima czy Norwida. Czyż nie jest również tak w praktyce czytania? „Popiół i diament” ponoć czytali wszyscy, pomijając roczniki 90te i być może 80te – dzieci kapitalizmu. Andrzejewskich w bród. Popularny Gałczyński do dziś, zarówno jako poeta jak i nazwisko jego, jest na pewno chętniej czytany, niż Orzeszkowa, której już nazwiska w Polsce nie ma. Znikła gdzieś popularna Rodziewiczówna, nie ma w ogóle Mniszkówny, której „Trędowatą” czytała jeszcze lekarka w „Zmiennikach”:) Co się popłakała nad powieścią:) No i kto nie czytał „Lalki”?
To bardzo zabawna książka. Coś jak przygody dorosłego Adriana Mola, ale po polsku. Stawirej w rozmowie z Jasiem Kapelą mówił o konotacjach do Dyla Sowizdrzała. Jasiowi z kolei książka skojarzyła się z "Kandydem" Woltera. Bohaterowi ukazuje się Matka Boska i wybiera go do świadczenia boskości jej syna Jezusa. Obdarowuje go niezwykłymi przymiotami, takimi jak lewitacja czy moc uzdrawiania. Kiedy na zebraniu kadry menadżerskiej w biurowcu korporacji pojawiają się na jego dłoniach stygmaty, uświadamia sobie, że jego życie nie będzie już takie jak dawniej. Ucieka przed swym powołaniem i robi to niezwykle zabawnie. Ale o tym nie będę pisał, żeby nie zepsuć dobrej zabawy. Powiem może tylko tyle, że wiele radości w lekturze dostarczają surrealistyczne zdarzenia z udziałem bohatera. Kiedy w młodości podczas kazania w kościele bohater robił jaskółkę, ksiądz posłał ku niemu kościelnego, którego wygląd bohater określa mianem trolla i ogra.
Ciekawie mówi do bohatera pewien przypadkowo spotkany satanista, który na problem, bo uważa, że szatana już na ziemi nie ma:
"Badania nad historią przemocy pokazują coś zupełnie przeciwnego. Odsetek szkieletów z czasów prehistorycznych, które noszą ślady uderzenia toporem, ugodzenia strzałą lub inne znamiona przedwczesnej śmierci z rąk bliźniego, jest dwudziestokrotnie większy niż procent ludzi ginących podczas współczesnych wojen. Innymi słowami, gdyby proporcjonalnie tyle samo ludzi zginęło podczas konfliktów zbrojnych w XX wieku co w trakcie prehistorycznych walk plemiennych, liczba ta nie wynosiłaby sto milionów, a dwa miliardy! Rozumiesz?"
Stawirej podaje, że podobną informację wyczytał na portalu racjonalista.pl w artykule "Nie takie dobre, dawne czasy" Dana Gardnera.
Kiedy nawiedza go Jezus, oznajmia mu, że jest typowym przedstawicielem współczesnych czasów, kimś kto zastąpił dawnych pastuszków. To humor tej książki, a przykładów takiego humoru jest wiele. Humor nie opuszcza Stawireja, kiedy opisuje życie rodziny wiejskiej pośród lasu. Zwyczajny sadyzm gospodarza psychopaty opisuje w taki spsób bohater/narrator, kiedy trafia do tej chaty i mieszka tam przez jakiś czas:
"Jeśli więc Krystyna za bardzo guzdrała się podczas porannego ubierania do kościoła, potrafił jej znienacka wypalić z piąchy w nos. Bardzo denerwowało go też, kiedy córka, kuśtykając niezgrabnie do wychodka, potrąciła coś po drodze albo nie daj boże stłukła jakiś słoik. Sięgał wtedy do swojego arsenału prętów oraz nahajów i trzepał jej skórę równo, aż skwierczała. Ale najbardziej irytowało go, gdy w trakcie manta dziewczę traciło przytomność i nie słuchało, co się do niej mówi. Wpadał wtedy w taką furię, że to, co się działo potem, wprawiłoby w zakłopotanie niejednego afrykańskiego prezydenta". (…)
"Mimo że ciężkie warunki bytowania zrównywały go w sensie społecznym z leśną fauną, ojciec Krystyny, wbrew pozorom, nie zamienił się w bestię. Tym, co odróżniało go od dzikich zwierząt, była odziedziczona po przodkach głęboka wiara oraz umiłowanie tradycji". (…)
"A zgodnie z tą odwieczną mądrością, dzieci należało wychowywać twardą ręką, szczególnie dziewczęta, które, jak wiadomo, puszczone samopas prawie na pewno wyrosłyby na jakieś szansonistki albo programistki , a takie sobie ani w lesie nie poradzą, ani porządnego chłopa nie znajdą. Dlatego gospodarz od wczesnego dzieciństwa Krystyny starał się na bieżąco korygować wszelkie przejawy jej potencjalnego wykolejenia, jak liczenie bez palców, drapanie się lewą ręką czy nagłe, niczym nieuzasadnione, zamyślanie się. Do tego celu używał wypróbowanych narzędzi, takich jak batog, knut, imadło, odziedziczonych jeszcze po swoim dziadku. Stosował je codziennie, z podziwu godną konsekwencją, bo, jak wiadomo, tylko konsekwencja daje gwarancję sukcesu wychowawczego. I na efekty nie trzeba było długo czekać. Dziecko rozwijało się poprawnie: nie hałasowało, nie pałętało się pod nogami, nie pluło. Gdyby nie to, że ciało Krystyny zaczęła pokrywać coraz większa opuchlizna, pojawiały się kolejne sińce i krwiaki, aż wreszcie wystąpiły rany i wybroczyny świadczące o poważnej chorobie… Mam nadzieję, że ten pogłębiony rys psychologiczny ułatwi wam zrozumienie całej złożoności charakteru mojego gospodarza i pozwoli dostrzec w nim wielowymiarową i targaną licznymi sprzecznościami postać, anie po prostu niebezpiecznego psychopatę".
Niestety ta powieść przygodowa nie kończy się dobrze dla bohatera. Jak bardzo chciałby on wieść normalne życie, pozbawione sensu życie, a nie jakiegoś cudotwórcy wybranego przez Matkę Boską, czy lokalną wiejską gminę, ale zwykłego człowieka. Oto jego ostatnie słowa:
"Bez sensu pracować, bez sensu wydawać pieniądze, bez sensu pić piwo z klegami, bez sensu świntuszyć z koleżankami, bez sensu leczyć kaca po całonocnej imprezie, bez sensu spożywać lunch w knajpce na rogu, bez sensu do późna w nocy oglądać jakiś bezsensowny film, bez sensu śnić absurdalne sny o misiu, bez sensu tłuc się samolotem na egzotyczne wakacje, bez sensu znosić upał na jakiejś tropikalnej plaży, bez sensu gapić się na zachodzące nad morzem słońce, bez sensu ciurlać miętowego tic-taca… Bez sensu żyć".
A ja dodam od siebie: bez sensu pisać recenzje.
Masakra profana
Jarosław Stawirej, KP 2011.

Nowy Ha!art już w empikach albo bardzo niedługo!
<a href="http://www.kulturalnesuwalki.pl/">Kulturalne Suwałki</a>
Strona zadebiutowała na początku tego roku.
Te cztery powieści to studium szaleństwa. Możemy dokładnie śledzić narodziny, zalążki szaleństwa. Jak się rozwija, wyrasta, a potem jego wybuch. Zawsze jest jakaś granica, którą przekraczają bohaterowie, choć nie ze swojej woli. Skłaniają ich do tego złe okoliczności. Śmierć kobiety głównego bohatera u Łelebeka czy bezwględność innych ludzi u Paula Austera. Co ciekawe u francuskiego pisarza zdajemy sobie sprawę z szaleństwa bohatera dopiero na końcu książki. Tymczasem u Austera wyczuwamy to dużo wcześniej. Nie wiem czy uprawomocniony wniosek z tego jest taki, że Amerykanie są ludźmi mniej skrytymi, że można łatwiej i szybciej ich ocenić. Na pewno jednak to szaleństwo jest gdzieś w ludziach ukryte, z czego nawet oni sami nie zdają dobrze sobie sprawy.
W "Trylogii Nowojorskiej" szaleństwu ulega pisarz, humanista, nie człowiek interesu. W "Muzyce przypadku" również mamy do czynienia z człowiekiem czytającym książki. U Łelebeka to samo, bohaterem jest urzędnik w ministerstwie kultury. Czyżby ludzie czytający byli bardziej narażeni na obłęd? A może jest odwrotnie, właśnie tacy ludzie sięgają po książki, bo przeczuwają w sobie chorobę? Spotkałem się już z taką opinią na temat książek, że są zapisem stanu choroby piszących, choćby od literaturoznawcy Stanisława Beresia. Wydaje mi się jednak, że są to w gruncie rzeczy sytuacje tak naprawdę wyjątkowe. I u piszących i u czytających. Jest to ciekawy i atrakcyjny temat, nie zaś powszechne zjawisko. Znam dość dobrze współczesne środowisko literackie młodego pokolenia i wiem dość dobrze kto jest szalony, a kto nie. Może kogoś rozczaruję, ale przeważająca większość tych ludzi, to ludzie zdrowi na umyśle i czasami aż zbyt poprawni w kontaktach międzyludzkich.